ЛитМир - Электронная Библиотека
A
A

Har przerwał i przez chwilę szli w milczeniu.

— Zdaje się, że odbiegłem nieco od tematu. Rozgadałem się jak na wykładzie. . . Wybaczcie, to stare przyzwyczajenie wykładowcy. Chciałem po prostu powiedzieć, że nie powinniśmy być zbyt pewni doskonałości naszego modelu cywilizacyjnego, szczególnie gdy chodzi o przekazywanie go komuś żyjącemu w zupełnie odmiennych warunkach.

Stożek był uniesiony, jak pozostawili go odchodząc. Tym razem Ewa pozo-92

stała na górze, a Har poprowadził Teda krętymi schodkami. W miarę posuwania się w dół rozjaśniały się kolejne odcinki pionowego szybu. Ściany świeciły tu identycznie, jak w Starej Bazie: równym, białym światłem luminescencyjnym.

Środkiem szybu przebiegał gładki słup-wspornik, na którym unosił się stożek.

Wokół słupa wiły się schodki — kręte, o wysokich, nie dla ludzkich nóg przezna-czonych, stopniach. Na głębokości trzydziestu paru metrów szyb rozszerzał się w rozległą, kolistą niszę. Gdy Har postawił stopę na ostatnim schodku, sklepienie rozjarzyło się, oświetlając wnętrze sporej sali. Wokół ścian ustawione były prostopadłościenne postumenty, a na nich spoczywały jakieś niezbyt skomplikowane narzędzia i maszyny.

— To chyba jakieś. . . muzeum! — powiedział Ted stłumionym głosem, spoglądając to na Hara, to na wnętrze sali.

— Doskonale! — roześmiał się Har. — Na to właśnie czekałem. Wyobraź

sobie, że wczoraj oboje z Ewa stwierdziliśmy to samo. Rzecz tym dziwniejsza, że ani ty, ani Ewa nie widzieliście nigdy muzeum i znacie je tylko z opisu. To chyba rzeczywiście jest coś w rodzaju muzeum czy raczej wystawy techniki. . .

— Techniki twórców Starej Bazy i stożka? — zdziwił się Ted. — Chyba nie zamierzali rozpoczynać ekspozycji od najprostszych urządzeń! Jeśli chcieli dać komuś pojęcie o swojej technice, to powinni. . . Przecież to, co tu stoi, to zwykła prasa hydrauliczna, a tam. . . najprostsza luneta optyczna.

— W istocie. To jest prasa hydrauliczna. Po floryjsku. . . — tu Har wydobył

z siebie dziwny jakiś dźwięk — tak się to nazywa czy też podobnie. Nie opanowałem jeszcze w dostatecznym stopniu tego języka!

Ted cofnął się o krok i zrobił taką minę, że Har wybuchnął szczerym śmiechem.

— Nie bój się, jestem najzupełniej zdrów na umyśle! Nie wierzysz? Posłuchaj!

Wyciągnął dłoń w kierunku maszyny i dotknął powierzchni metalowego cylin-dra. W tej samej chwili rozległ się dobiegający gdzieś od strony pułapu piskliwy dźwięk, a na białej ścianie nad postumentem z maszyną pojawił się barwny, ruchomy obraz, przedstawiający tę samą prasę rozgniatającą nieznany jakiś przedmiot

— coś na kształt orzecha sporych rozmiarów, bo ze zmiażdżonej skorupy wypadło kuliste jądro. Obraz zgasł. Ted spojrzał na Hara, który z obojętną miną stał

obok niego.

— Ależ to. . . instrukcja obsługi! — wykrzyknął Ted.

— Odkrywcze stwierdzenie. . . — powiedział Har złośliwie.

— Wynika stąd, że nieznani przybysze pozostawili to wszystko dla mieszkań-

ców Flory. Wydaje mi się jednak, że jak na początek, to nieco za trudna dla nich lekcja.

— Nie zapominaj, w jaki sposób otworzyliśmy stożek. Przybysze zakładali, iż zanim Floryci się tu dostaną, znać będą nieco matematyki, a to wymaga zdolności myślenia abstrakcyjnego.

93

Ted obchodził salę dokoła, dotykając różnych prostych maszyn i urządzeń, których przeznaczenia nietrudno było się domyślić, nawet nie patrząc na obrazy ukazujące się na ścianie.

— Przyjmijmy więc, że zostawiono to Florytom dla skrócenia ich cyklu roz-wojowego. Dlaczego jednak nie skorzystali dotąd z takich skarbów?

— Nie dorośli widać do tego — powiedział Har. — Albo rozwój ich poszedł

w innym kierunku, omijając ten etap. . .

— A jakiż może być inny kierunek? Narzędzie jest przecież pierwszą potrzebą tworzącej się cywilizacji! — zdziwił się Ted.

Har wzruszył ramionami. On także nie umiał sobie wyobrazić ani obecnego stanu, ani drogi rozwojowej cywilizacji floryjskiej. Ten maleńki wycinek ich życia, który zdołali dotąd zaobserwować, nie mógł przecież w najmniejszym stopniu przesądzać o całości.

„Kiedyż to ludzie odkryli liczby pierwsze? — zastanawiał się Har, mimowol-nie szukając porównań w historii nauki ziemskiej. — Matematyka sięga swymi korzeniami głębokiej starożytności. Egipcjanie, Arabowie, Grecy, Chińczycy po-sługiwali się matematyką i wieloma wynalazkami technicznymi. Tymczasem jednak inne ludy żyły w warunkach nieporównanie prymitywniejszych. . . Ba, jeszcze w dwudziestym wieku odkrywano w dżungli szczepy niewiele różniące się poziomem życia od człowieka pierwotnego. Nie, rozwój rozumnej rasy nie musi odbywać się harmonijnie i równocześnie na całym obszarze planety. Z drugiej jednak strony trudno przypuścić, iż gdyby na Florze żyła jakaś rasa wyżej rozwinięta od mieszkańców dżungli, nie pozostawiłaby żadnych śladów swej działalności na całym obszarze planety. Co więcej, na pewno usiłowałaby dotrzeć do widocznego z dużej odległości i budzącego zaciekawienie stożka. Tymczasem dżungla porastająca większość obszaru planety wydaje się być nietknięta. . . ”

Har skończył fotografowanie wszystkich szczegółów wnętrza sali i rozejrzał

się za Tedem, który myszkował po przeciwnej jej stronie.

— Ted, po co człowiek doskonali wciąż swoje narzędzia i maszyny? — zapytał znienacka tonem egzaminatora.

— Po to, by przeciwstawić się trudnym warunkom bytu, siłom przyrody. No i aby pracę swoją uczynić lżejszą i łatwiejszą — wyrecytował Ted, prostując się znad jakiejś maszyny.

— Słusznie. A czy zdajesz sobie sprawę, co wynika z tego dążenia do doskonałości?

Chyba. . . rozumiem: wynika stąd ciągły postęp, którego tempo regulowane jest wzrostem potrzeb. . .

„Powtarza moje myśli” — stwierdził Har, ale zaraz uprzytomnił sobie, że to on sam przecież wykładał Tedowi historię.

— W porządku — przerwał chłopcu. — Gdyby zaś warunki były niezmiernie łagodne, wprost cieplarniane. . .

94

— Wtedy postęp uległby zahamowaniu! — podpowiedział Ted.

— To właśnie może być jedną z możliwych odpowiedzi na pytanie, dlaczego Floryci nie skorzystali dotąd z pozostawionych im wzorów.

— Uważasz, że żyją w takim raju? — podchwycił Ted. — Owszem, można przyjąć takie wyjaśnienie: ktoś, znając przed tysiącami lat aktualny stan ich umysłowości, mógł spodziewać się, że w najbliższym czasie dokonają oni pewnego postępu. Aby postęp ten ułatwić w jego następnej fazie, nieznany dobroczyńca pozostawił modele i wzory narzędzi. Tylko że będąc istotą wysoce inteligentną, powinien był brać pod uwagę właśnie owe cieplarniane warunki rozwoju, hamujące postęp. . . W takiej sytuacji nie dość było pozostawić wzory. Należało przede wszystkim stworzyć bodźce do szybszego rozwoju. . .

— Jak? — zaśmiał się Har. — Jak można było to uczynić? Paląc puszczę?

Osuszając rzeki? Oziębiając klimat? Sam powiedziałeś, że motorem postępu technicznego są rzeczywiste potrzeby. Takie sztuczne stworzenie potrzeb nie jest chyba najrozsądniejszym wyjściem z sytuacji!

— Mogli przynajmniej dać Florytom do dyspozycji jakieś najprostsze urzą-

dzenia, nauczyć ich obchodzenia się z nimi! — oponował Ted.

— Skąd wiesz, że nie dali? To, że nie przekształcają przyrody swej planety, nie musi wynikać stąd, iż nie potrafią. Mogą po prostu nie odczuwać potrzeby takiego działania.

— Niechby tak nawet było. . . — zgodził się Ted niechętnie. — Mimo wszystko jednak trudno mi się zgodzić z takim tłumaczeniem. Przecież inteligencja nie bierze się znikąd, jest wytworem właśnie walki o przetrwanie, jest produktem wie-lowiekowego rozwoju. Gdyby warunki na Florze były rzeczywiście tak łaskawe dla jej mieszkańców, nigdy by nie powstała tu żadna myśląca rasa! Podczas gdy ci, z którymi zetknęliśmy się na planecie, nie sprawiają mimo wszystko wrażenia dzikusów, którzy dopiero co przestali chodzić na czworakach! Ich dyplomatyczne postępowanie względem nas, ich poczucie uczciwości czy może ostrożności zdają się świadczyć o dość wysokim poziomie umysłowym. Prawdziwi „dzicy” powinni byli — według wszelkiego prawdopodobieństwa — zaatakować nas stadem jako niepożądanych intruzów. . .

29
{"b":"140590","o":1}