ЛитМир - Электронная Библиотека
A
A

kolegom…

Osiłek zarechotał obleśnie.

– Nie wiedziałem o….

– O wielu jeszcze rzeczach nie wiecie, szeregowy Doni – wtrącił z satysfakcją

sześciogwiazdkowy. – Ale zadbamy o waszą edukację. Na własne oczy przekonacie się, kim

są wasi przyjaciele. O ile dotrze to do waszej głowy szybciej niż pierwszy wystrzelony przez

nich pocisk. Gratulujemy powołania do szóstej przestrzenno-desantowej. Będziecie służyć

w elicie elit. Na pierwszej linii. Odmaszerować!

Chyba zbladłem, i to mocno, za to oni wyraźnie poweseleli. Patykowaty sierżant podszedł

do mnie i wskazał mi drzwi. Spojrzałem w oczy weterana, nie było w nich radości. Wyciągnął

do mnie rękę z biletem.

– Nie jestem tępym skurwyklonem, chłopcze – powiedział, udając, że nie zauważa reakcji

„trojaczków”. – Zmieniłem ci datę poboru. W końcu przyszedłeś przed szesnastą. Masz dwa

tygodnie na pozałatwianie swoich spraw. I nie musisz dziękować.

* * *

Darował mi czternaście dni życia. Z jednej strony niewiele, z drugiej całą wieczność, którą

dobrze wykorzystałem, choć moja wątroba, a wraz z nią kilka innych organów, mogła mieć na

ten temat nieco odmienne zdanie. W tym czasie pożegnałem niemal połowę chłopaków

z naszego osiedla i całkiem sporo dziewczyn. Także tych, które zostawały w domu. Jakoś tak

wyszło w natłoku zdarzeń. W końcu byłem ostatnim facetem z odroczeniem, niemalże

bohaterem uczelni. Ale z każdym dniem nimb sławy bladł. Zbyt wiele się działo. Zbyt wielu

odchodziło, nawet w dosłownym tego słowa znaczeniu. Zanim spakowałem worek

poborowego, doczekaliśmy się wizyty smutnych pań z admiralicji. Zawitały na naszą ulicę

w niespełna tydzień od startu pierwszego transportowca z poborem. Manfredward Gemme,

pucołowaty kujon, chłopak o rok młodszy ode mnie… Chyba… W każdym razie pojawił się

w szkole górniczej sezon po mnie. Ponoć zgłosił się na ochotnika na samym początku

mobilizacji i zginął podczas pierwszego ćwiczebnego alarmu na stacji tranzytowej. Chociaż

wyrażenie „zginął” niespecjalnie pasowało do tej sytuacji. Dostał zawału, ledwie rozległy się

syreny alarmowe. W ogólnym zamieszaniu dopiero po godzinie ktoś się zorientował, że

skulony za stosem zasobników z amunicją plazmową grubas nie jest już kandydatem na

kolejnego bohatera Federacji, ale zimnym trupem.

Na dzielnicy nikt Manfredwarda nie lubił, lecz jego śmierć była szokiem dla wielu z nas.

Nawet mnie zabolało, gdy uświadomiłem sobie, jak ślepy bywa los. Grubas był pierwszą

znaną nam ofiarą tej wojny. Ale nie ostatnią. Do dnia mojego wylotu czarny grawiolot zawitał

na naszej kolonii jeszcze sześć razy. Dwa dni po poborowym Gemme pożegnaliśmy

Montyberiana, Tadama i Karelizabediatha – ich transportowiec rozbił się na powierzchni

planety, której nazwy nie byłem nawet w stanie powtórzyć. Ledwie wytrzeźwieliśmy po ich

stypie, czarne harpie przyniosły wiadomość o zniknięciu siostry Joandrei. Jej matka nie

chciała za nic powiedzieć, co się stało, a my nie dopytywaliśmy. Za to piliśmy do dna. Za nią

i za następnych.

Dzień przed moim wylotem przyszła wiadomość o bohaterskiej śmierci Abramadeusa

Fossa. Stary czarnuch zawsze był szalony, nikogo więc nie zdziwiło, że rozpieprzył swój

myśliwiec o kadłub jakiegoś krążownika. Mieliśmy jedynie nadzieję, że to była wroga

jednostka. Szlag by to, nawet nie wiedziałem, kim był ostatni z zabitych. Czarny pojazd

z insygniami admiralicji minął naszego śmigera, gdy jechałem z rodzicami w stronę terminala.

Matka rozpłakała się na całego, ledwie mignęła jej w oknie wypolerowana czerń masywnego

wozu admiralicji. Nie uspokoiła się do ostatniego momentu, w którym ją widziałem; nawet zza

bramek odprawy mogłem bez trudu dostrzec, że stoi wtulona w ramię ojca, z chusteczką

przytkniętą do nosa. Tylko ona jedna nie machała nam na pożegnanie, gdy wychodziliśmy na

rozgrzaną płytę astroportu.

* * *

Jeśli ktoś uważa, że armia jest lepiej zorganizowana niż cywilbanda, to żyje w głębokiej

niewiedzy. Przekonałem się o tym, zanim wsiadłem do przydzielonego naszemu oddziałowi

wahadłowca.

Nie znałem większości chłopaków z naszej grupy. Z twarzy rozpoznawałem pięciu albo

sześciu. Tylko dwóch miało dla mnie konkretne nazwiska i życiorysy. Lewaryst Shorza

i Marianton Kozak – obaj wyślizgali się z poboru kilka dni przede mną. Obaj pomagali

wyślizgnąć się mnie. Weteran z komisji wiedział, co mówi. Admiralicji wystarczyły niespełna

dwa tygodnie na „załatwienie” większości odroczeń.

Przywitaliśmy się z minami skazańców, bo w końcu nimi byliśmy – jeśli w dwa tygodnie

odeszło aż siedem osób z jednej kolonii, rzeźnia tam w górze musiała być naprawdę wielka.

Staliśmy na skraju szemrzącego tłumu, tak na oko było nas tam osiemdziesięciu. Niemal

wszyscy w moim wieku, żadnych szczyli świeżo po osiemnastce. Lewaryst także to zauważył.

– Towarzystwo z odzysku? – zapytał na tyle głośno, żeby usłyszeli go także stojący w innych

grupkach. Odpowiedziało mu kilkanaście krzywych uśmiechów i o wiele więcej skinięć

głowy. – Zacne towarzystwo – dodał wyraźnie rozbawiony.

– Cieszy cię to? – żachnął się Kozak.

Jego najbardziej bolało to powołanie. Nie dość, że los Federacji zwisał mu luźnym

kalafiorem, to na dodatek jego panna zaciążyła tydzień wcześniej. Złośliwi gadali, że celowo,

aby wywinąć Mariantonka z woja, ale jeśli nawet tak było, armia okazała się nieczuła na jej

wdzięki i kwity. Nie dostał nawet jednego dnia odroczenia. Tylko dodatek dla ojców rodzin

do żołdu. Liczony od terminu porodu pierwszego potomka. A to oznaczało dziewięć pełnych

miesięcy w polu, zanim skapnie dodatkowy grosz. No, chyba że policzymy odszkodowanie. Za

dzieciatych rodziny dostawały więcej. Stary Manfredwarda ponoć kupił nowego śmigera za

kredyty z admiralicji. A przecież za leszcza, który padł, zanim włożył mundur, nie mogli

zapłacić jak za poległego bohatera.

Nagle zdałem sobie sprawę, że ja, pacyfista pełną gębą i przeciwnik tej wojny od

pierwszego jej dnia, stoję w tłumie podobnych mi ludzi, z pokorą czekając na przydział

sortów mundurowych i broni. Czy dwa tygodnie picia na umór mogło mnie tak odmóżdżyć?

Chyba nie do końca, skoro nadal o tym myślę. Ale co będzie za miesiąc, dwa? Jeśli nie zginę

od razu, jak sugerował osiłek, i trafię na front, będę musiał strzelać do ludzi, którzy mają

pieprzoną rację, chcąc się wywinąć spod władzy największych pojebów we wszechświecie.

Tak, przez pierwsze kilka dni snuliśmy z kumplami dalekosiężne plany. Jak to będziemy

rozrabiali armię od środka, otwierali ludziom oczy, ale temat szybko utonął w morzu wódy

i zabawy. Skupiliśmy się na korzystaniu z uroków ostatnich dni wolności. I co z tego zostało?

Dzisiaj już wiedziałem, że niewiele zdziałam. Nie tylko dlatego, że mi się nie chciało.

Stary, zawsze czujny jak ptak, przyniósł mi wczoraj kilka kwitów dotyczących nowego

prawa. Wyrażenie poparcia dla unionistów, nawet tak ogólne jak mój występ przed komisją,

kosztowałoby mnie dwadzieścia lat ciężkich robót w stoczniach orbitalnych, jeśli rzecz

miałaby miejsce gdzieś na zapleczu, albo czapę, gdybym szerzył swoją wizję w okopach.

Dlatego, widząc wylęknione spojrzenie mamy, postanowiłem nie przeginać pały. Skoro mam

być trybikiem w machinie wojny, będę nim, ale najmniejszym i najmniej potrzebnym. Postaram

się wywijać od wszystkiego, a przeciwnika zabiję tylko wtedy, gdy zagrozi mojemu życiu.

52
{"b":"577817","o":1}
ЛитМир: бестселлеры месяца
Хан. Рождение легенды
Сказки бабушки Зимы
Эмоциональный интеллект
Приверженная
Замок из стекла
Месть охотника на ведьм
Гимнастика будущего
Охранитель. Шаг к цели
Лечение заболеваний различной этиологии по методу управляемой саморегуляции