ЛитМир - Электронная Библиотека
Содержание  
A
A

–Grzeczna dziewczynka. – Pochylił się, by ją pocałować, zastygł jednak w odległości kilku centymetrów od jej twarzy.

–Mogłabyś się umyć? – poprosił, gdy Lidka zamrugała ze zdziwienia, bo spodziewany pocałunek nie nastąpił.

–Och… – Popatrzyła na siebie zawstydzona.

81

Ubranie miała szare od kurzu, tak samo dłonie. Pod paznokciami pomalowanymi bezbarwnym lakierem widniała gruba warstwa brudu. Dotknęła lekko policzka. Podejrzewała, zupełnie słusznie, że jej twarz i włosy wyglądają podobnie.

–No właśnie, Kopciuszku. – Piotr cofnął się, patrząc na nią z czułością. – To, co masz na głowie, jeszcze dziś rano było włosami – zażartował.

–Niczego tu nie dotykaj – powiedziała ostrzegawczym tonem. – Strych jest mój, pamiętasz? – Wycelowała w niego palec.

–Słowo harcerza. – Piotr podniósł dłoń do góry. – Nawet tu nie muszę wchodzić. Jak się pospieszysz z prysznicem, to możemy pojechać do Lipniowa na kolację – zawołał za przeciskającą się ku wyjściu żoną.

Nie był pewny, czy go usłyszała, ale za to nie wątpił, że Lidka chętnie się stąd wyrwie. Zrobiło się już ciepło, mogła nawet wyjść z domu z wilgotnymi włosami. Ostatnio strasznie ją zaniedbywał. Czuł, że jest jej winien ten wypad. Mapy mogą poczekać.

3.

Lidka z przyjemnością wdychała wieczorne powietrze. Zapach trawy, ziemi i nieuchwytnej majowej aury unosił się wokoło. Wiedziała, że ten wiosenny aromat zniknie, gdy tylko wjadą do miasta. Pomysł wypadu na kolację był świetny. Cieszyła się nie tylko ze względu na siebie. Piotr zdecydowanie za dużo czasu spędzał w domu. Sama nie nawiązała wielu znajomości – poza Edytą i komisarzem Nawrockim nie znała nikogo, ale w porównaniu z nią mąż był wręcz odludkiem. Jęknęła głucho, gdy dotarli do centrum miasteczka. Parking przy rynku okazał się pełny. Piotr stanął w jednej z bocznych uliczek.

–Dasz radę iść? Mamy spory kawałek… – powiedział z poczuciem winy.

–Nie przejmuj się! Jest pięknie. I tak ciepło. Pora w sam raz na spacer. – Lidka roześmiała się radośnie, wsuwając mu dłoń pod ramię.

–I nikt nas nie napadnie – mruknął Piotr w przypływie czarnego humoru. W dużym mieście z pewnością nie wybrałby się z ciężarną żoną na spacer ciemnymi uliczkami.

–No widzisz, same plusy – cieszyła się jak dziecko. – Muszę przyznać, że mimo trudnych początków jestem zadowolona z przeprowadzki. To piękne miasteczko. Wygląda trochę, jakby się zatrzymało w czasie, ale właśnie to ma

82

swój urok – trajkotała jak zawsze, gdy była podekscytowana. – Trochę mnie przestraszyły na początku te legendy, ale w sumie czego się tu bać?

–W tej chwili boję się, że nie będzie stolika w restauracji – zażartował Piotr.

Jego obawy nie były pozbawione podstaw. Rynek wypełniał tłum młodych rozbawionych ludzi. Mimo że minęła już siódma, sklepy były otwarte, a wewnątrz kręciło się sporo kupujących.

–Wygląda mi to na święto – powiedział zdumiony Piotr.

–Drugi maja. To chyba nie święto… – Lidka zmarszczyła czoło w namyśle. – Pierwszego jest Święto Pracy, trzeciego – Konstytucji, ale dzisiaj? Pewnie jakaś lokalna uroczystość – uznała.

–Pewnie tak. – Piotr nie wydawał się przekonany, ale innego wyjaśnienia nie znalazł.

–Wiesz co? – Zatrzymała się przed księgarnią. – Wejdę na chwilę do Edyty, a ty zajmij stolik w restauracji, dobrze?

Chciał zaprotestować, ale Lidka zdążyła już zniknąć wewnątrz sklepu. Wzruszył ramionami i poszedł dalej, przepychając się wśród tłumu.

W takich momentach Lidka była wdzięczna naturze za swój wzrost. Spoglądając z góry na ludzi tłoczących się w księgarni, wypatrzyła Edytę i pomachała do niej ręką. Przyjaciółka skinęła brodą w stronę kantorka i ponownie odwróciła się do klientki niemogącej się zdecydować, które kolczyki wybrać.

Lidka skierowała się posłusznie w stronę zaplecza. Zauważyła dwie dziewczyny, których nie widziała podczas swoich wcześniejszych wizyt. Wydawały się doskonale zorientowane w tym, co leży na półkach i regałach. Zapewne pomagały Edycie w takie wieczory jak ten, bo po chwili jedna z nich zaczęła nabijać cenę na kasie fiskalnej.

–Co jest? – Edyta wpadła do kantorka.

–Hej! – przywitała się Lidka. – Ale ruch! Powiesz mi, co się dzieje?

–A co ma się dziać? – zdziwiła się. – Obchodziliśmy święto Beltaine.

–Pierwsze słyszę.

–No tak, zapominam, że jesteś tu nowa. – Klepnęła się w czoło. – Belta-ine to święto celtyckie rozpoczynające lato. Odbywa się w nocy z trzydziestego kwietnia na pierwszego maja – wyjaśniała szybko. – Wczoraj była niezła impreza, ogniska i tańce.

–Święto celtyckie? Tutaj? – Z twarzy Lidki biło niedowierzanie.

–To jeden z większych sabatów wicca. Mówiłam ci o tym, pamiętasz?

83

–Mówiłaś, ale daty trzydziestego kwietnia nie wymieniałaś.

–Pewnie nie zdążyłam ci opowiedzieć o wszystkim. – Edyta wyjęła z lodówki butelkę wody. – Chcesz?

–Nie, dzięki. To o co chodzi z tymi większymi sabatami?

–Równonoc, czyli przesilenie wiosenne i jesienne, to sabaty mniejsze, a mamy jeszcze sabaty większe: Imbolc – drugiego lutego, Beltaine – trzydziestego kwietnia, Lammas – noc pierwszego sierpnia i Samhain – w wigilię Wszystkich Świętych. W sabaty mniejsze organizowane są ogniska i małe przedstawienia teatralne w kręgu kamiennym, a sabaty większe obchodzi całe miasto.

–Czy to ma coś wspólnego z procesami czarownic? – dociekała Lidka.

–Zupełnie nic – odparła ze śmiechem Edyta. – Ale miasteczko żyje z magii, więc wiesz…

–No jasne. Wieczne Halloween.

–Coś w tym stylu – przytaknęła. – Ludzie lubią tu wracać – dodała.

–Aha, a dzisiaj? Przecież sabat już się skończył?

–Ciąg dalszy. No i długi weekend. Co tu robisz? Nie przyjechałaś się bawić, skoro nie wiedziałaś, że jest zabawa. Więc? – Popatrzyła uważnie na koleżankę.

–Piotr zaprosił mnie na kolację. Skoro jeszcze nie wrócił do sklepu, to znaczy, że zdobył stolik. – Lidka zerknęła na zegarek z lekkim poczuciem winy. – Pewnie się na mnie irytuje. Ale zobacz! – Wyjęła oprawiony w skórę notes, który przed wyjściem z domu wsunęła do torby. Kierował nią wyłącznie impuls. Nie spodziewała się, że o tej godzinie księgarnia będzie otwarta. – Znalazłam to na strychu. Nie rozumiem z tego ani słowa. – Podała notes koleżance.

–Łacina. – Zdumiona Edyta podniosła na nią oczy.

–Też tak myślę. Znasz?

–Nie, skąd – zaprzeczyła, oddając notes.

–Spójrz. – Lidka otworzyła go w miejscu, gdzie tkwił złożony we czworo rysunek. – Notes jest tego pełen. Symbole, amulety, jakieś wzory… Nie wiem nawet, jak nazwać to, co przedstawiają. Pomyślałam, że może coś ci się skojarzy.

–Hm… – Edyta z zastanowieniem oglądała cieniutką kartkę. Nakreślony tuszem znak wydawał się znajomy, ale nie potrafiła go nigdzie umiejscowić.

84

–Albo ten. – Lidka podała jej kolejny, na którym był starannie wyrysowany piękny wisior z plecionym łańcuszkiem. Na okrągłym medalionie znajdowały się łamane linie, przypominające zygzaki błyskawic.

–To akurat kojarzę. – Ten symbol był Edycie znany. – Pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o Lilith i o trzech aniołach, które miały ją sprowadzić do raju?

–Coś na S… – powiedziała Lidka.

–Senoy, Sansenoy i Semangelof – przypomniała jej koleżanka. – Według dawnych wierzeń amulety z wyrytymi imionami tych trzech aniołów miały chronić dzieci przed Lilith. Było to całkiem popularne wierzenie w Skandynawii w czasach wikingów.

23
{"b":"586706","o":1}