ЛитМир - Электронная Библиотека
Содержание  
A
A

–To musi być tam… – Z mapą w ręku wybiegła z domu.

Uruchomiła silnik, gdy otworzyły się drzwi od strony pasażera i do auta wskoczyła Lidka.

–Jadę z tobą – oświadczyła stanowczo.

Edyta nie odpowiedziała. Z zaciśniętymi zębami wrzuciła bieg i ruszyła.

–Patrz na mapę i prowadź. Nie mogę jechać do szosy, bo wtedy musiałybyśmy dojść tam pieszo, a to ładne parę kilometrów. Tam jest jakaś wąska droga. – Pokazała jej. I mam nadzieję, że istnieje nie tylko na mapie, pomyślała, ale zachowała to dla siebie.

Patrzyła, jak wskazówka prędkościomierza przesuwa się powoli do stu trzydziestu kilometrów na godzinę i dalej. Zniknęły zdenerwowanie i strach. Zablokowała się; nie czuła nic z wyjątkiem zimnej wściekłości. Większości ludzi złość i nienawiść kojarzyły się z erupcją wulkanu, z gwałtownymi gorącymi emocjami. Jej gniew był inny, zimny. Wypełniał ciało lodem, nie przesłaniał jasności myślenia i popychał do działania.

–Wybierz numer: Dariusz Słowikowski – zwróciła się spokojnie do przyjaciółki, która starała się nie patrzeć na drogę. Drzewa i ciemność złączyły się w jeden nieprzenikniony mur za szybą samochodu. – Daj na głośnik.

–Wiem, gdzie jest spotkanie, o którym mówił Michał – oznajmiła chłodno, zwalniając gwałtownie i skręcając w las. – Podaj współrzędne – poleciła Lidce, która wyrecytowała je posłusznie. – Zapisałeś? – upewniła się. Gdy potwierdził, mówiła dalej: – Możesz sprowadzić tam kogoś? Ci ludzie zabrali… – W tym momencie połączenie zostało przerwane.

265

–Nie ma zasięgu… – Opanowanie przyjaciółki pozwalało Lidce kontrolować własne emocje.

Edyta nie odzywała się, skoncentrowana na jeździe przez las. Początkowa zwykła wiejska droga zniknęła, ustępując miejsca wąskiemu traktowi, w wielu miejscach przysłoniętemu przez gałęzie. W światłach reflektorów widziała połamane krzaki. Ktoś musiał przed nią tędy jechać. Przedzierała się przez poszycie, nie mając pewności, czy nadal znajduje się na drodze. Nagle drzewa się rozstąpiły. Zatrzymała auto na skraju polany. Stało tu w rzędzie kilka samochodów. Na środku w kręgu paliło się kilka sporych ognisk, przy których kręciły się postacie w habitach bądź pelerynach. Twarze zebranych przysłaniały kaptury.

Edyta wysiadła z samochodu i spokojnym, opanowanym krokiem ruszyła naprzód. Lidka zobaczyła, jak przyjaciółka wyciąga przed siebie wyprostowane ręce. W pierwszej chwili nie rozpoznała przedmiotu, który trzymała w kurczowo zaciśniętych dłoniach. Dopiero gdy stanęły w blasku ognia, zobaczyła pistolet.

–Gdzie jest dziecko?

–Anastazja należy do nas! – syknęła postać w czarnym habicie, odrzucając kaptur na plecy. – Nie dostaniesz jej…

–Oddajcie dziecko! – zażądała Edyta, celując w głowę Darii Wawrzec-kiej.

–Uważaj! – Lidka w ostatniej chwili dostrzegła cień wychylający się zza kamienia.

Edyta szybkim ruchem skierowała lufę pistoletu w stronę ogromnego czarnego psa i nacisnęła bez wahania spust. Zwierzę zaskomlało przenikliwie i upadło nie dalej niż metr od nich. Wystrzeliła ponownie, tym razem do mężczyzny, który rzucił się w jej kierunku. Chwycił się za ramię, a spomiędzy jego palców trysnęła krew. Popatrzył na nią z nienawiścią. Rozpoznała tego człowieka, widziała go w komisariacie, gdy kłóciła się z Chmielem. Wyjrzał wtedy z jakichś drzwi zobaczyć, co się dzieje na korytarzu, tylko że wówczas miał na sobie mundur. Wiedziała już, jak to się stało, że policyjny pies zgubił trop w lesie. Świetnie wyszkolony zwierzak z pewnością reagował na sygnały od swojego pana. Teraz już długo na nic nie będzie reagował, przemknęła jej

266

przez głowę nieposłuszna myśl, gdy zerknęła na uciekający ze skowytem ciemny kształt.

–Dziecko. – Edyta znów skierowała broń w stronę Darii. Wszystko to rozegrało się tak szybko, że tamta nie zdążyła zrobić kroku. Zastygła z uniesionymi przed sobą dłońmi, jakby chciała się rzucić na nią z pazurami.

–Anastazja… – szepnęła Lidka, gdy księżyc wyjrzał zza chmur. Jego blask padł na wielki kamień leżący na środku polany. Wyglądał jak stół. Leżało na nim dziecko.

–Zabieraj ją. – Edyta przesunęła się lekko, by stanąć pomiędzy postaciami w kapturach a kamiennym ołtarzem.

Jak się domyślała, taką właśnie miał pełnić funkcję. Lidka podskoczyła do kamienia i chwyciła córeczkę w ramiona.

–Edyta! Tu jest jakaś dziewczyna! – zawołała, widząc nieruchomą postać wyciągniętą na ziemi. Tamta leżała bezwładnie, wpatrując się pustymi oczami w niebo. Nie zauważyłyby jej, gdyby Lidka się o nią nie potknęła.

–Nie pozwolimy wam odejść. – Daria patrzyła z wściekłością na Edytę.

–Nie ruszaj się. Zaraz będzie tu policja. Prawdziwa policja. – Spojrzała z pogardą na rannego mężczyznę.

–Mam nadzieję, że nie mnie miałaś na myśli… – Kolejna postać zrzuciła kaptur. Komisarz Chmiel uśmiechnął się do niej ciepło. – A może jego? – Brutalnie kopnął leżącego na ziemi człowieka, który przetoczył się na plecy. Głowa opadła mu bezwładnie na bok, puste oczy spoglądały w przestrzeń. Edyta odetchnęła głęboko. Z jej ust wyrwał się cichy jęk, gdy w półprzytomnym mężczyźnie rozpoznała Michała.

–Edyta! – Krzyk przyjaciółki przywrócił jej świadomość. – Nie dam rady! Ona się nie rusza!

Lidka próbowała podnieść dziewczynę, która bezwładnie przelewała się przez ręce. Gdyby nie to, że jej klatka piersiowa unosiła się w płytkim oddechu, można by uznać, że nastolatka jest martwa.

–To ją zostaw. Bierz Anastazję i… – Edyta opanowała się błyskawicznie. Wiedziała, że tych ludzi powstrzymuje tylko świadomość, że ona nie zawaha się strzelić. Wystarczy chwila nieuwagi, błąd, a będzie po wszystkim.

–To Elka… – wyszeptała Lidka, gdy w końcu udało jej się oprzeć dziewczynę o kamień.

Tamta patrzyła przed siebie pustymi oczami plastikowej lalki. Nie było w nich cienia życia, zrozumienia, nic. Z jej strony nie mogły się spodziewać pomocy.

267

–Lidka! Weź samochód i jedź – wycedziła przez zęby Edyta.

–Mam! – Udało jej się objąć dziewczynę w pasie i pociągnąć za sobą. Dyszała z wysiłku. Była mocno zbudowana, ale niedawny poród i dzisiejsze przejścia, wszystko to nadwerężyło jej siły. W dodatku mogła podtrzymywać tamtą tylko jedną ręką, drugą przyciskała do siebie małą Anastazję.

Usłyszała kolejny strzał i krzyk bólu, ale się nie obejrzała. Za wszelką cenę musiała dotrzeć do samochodu.

–Ty suko! – wrzasnął do Edyty Chmiel. – Zabraknie ci nabojów… – wysyczał, trzymając się za bok, gdzie trafiła go kula.

–Nie dla ciebie – odparła chłodno. Z satysfakcją zauważyła, że pozostali cofnęli się niepewnie. Nie patrzyła na Michała. Wiedziała, że same nie dadzą rady zabrać go do samochodu. Mogła liczyć tylko na Darka.

Lidce pot zalewał oczy, gdy wciągała dziewczynę do samochodu. Anastazję położyła na przednim siedzeniu.

–Wsiadaj! – krzyknęła, odwracając się do Edyty.

–Jedź – poleciła jej przyjaciółka. – Nie zostawię go tu. Sprowadź pomoc.

–Na waszym miejscu tak bym się nie spieszyła – wycedziła Daria.

Szepnęła kilka słów do stojącego za nią Piotra. Mężczyzna wysunął się do przodu, zupełnie nie zwracając uwagi na wymierzoną w siebie broń. Ukląkł posłusznie. Daria stanęła za nim i przyłożyła mu do szyi sztylet.

–Jeśli odjedziesz, on umrze. – Dla podkreślenia swoich słów lekko przycisnęła ostrze. Z płytkiego skaleczenia pociekła wąskim strumyczkiem krew. Lidka patrzyła na to bez słowa.

–Wsiadaj do samochodu i jedź! – powiedziała stanowczo Edyta.

–Zabiję go, jeśli zrobisz choć jeden krok! – zawołała Daria. Na jej twarzy widniało szaleństwo, z kącika ust spływała strużka śliny.

74
{"b":"586706","o":1}