ЛитМир - Электронная Библиотека
A
A

– Tak – przyświadczył. – Eberhardt to swój chłop. – I natychmiast spojrzał na nią niespokojnie. Niech się dziewczyna zorientuje, że to nazwisko wymknęło mu się niepotrzebnie. – Ale nie mówmy już o tym… Psiakrew! Odzwyczaiłem się od rozmów z cywilami. Ciągle to wraca: koszary, front, zła sytuacja pod Stalingradem… Mam nadzieję, że zapomniałaś…

– Oczywiście, zapomniałam. Nie mam pamięci do nazwisk, nie interesują mnie wasze męskie sprawy. Jestem kobietą, Hans.

– Zauważyłem to dawno…

– Dawno. Chciałeś się zobaczyć z kimś we Wrocławiu?

– Z tobą – powiedział.

– Nie żartuj.

– Niezupełnie żartuję. Kiedy przyjechałem do Wrocławia, nie wiedziałem, jeszcze, że chcę się spotkać z tobą… Ale od pewnego czasu…

– Dopiero pół godziny siedzimy w kawiarni.

– Od pewnego czasu – powtórzył – wiem już, że właśnie z tobą. Zobaczyłem cię na ulicy, Lizo, i śledziłem cię. Czy sądzisz, że gdyby tak nie było, wstąpiłbym właśnie na Brette Strasse?

– Śledziłeś mnie? – Teraz w jej głosie usłyszał niepokój.

– Tak – powiedział. – Nie gniewaj się, Lizo. – Ale ona nie miała zamiaru się gniewać. Dotknęła palcami jego dłoni.

– Jeśli chcesz, Hans – powiedziała – jeśli chcesz, ofiaruję ci dzisiejszy wieczór.

Podniósł kieliszek. Zrobiło mu się nagle żal tej dziewczyny. A jeśli to nie ona, jeśli Artur Drugi się myli?

Oczekuję cudu? – pomyślał ze złością i przypomniał sobie Artura Pierwszego. Znał go. Spotkał go kiedyś w Warszawie w punkcie kontaktowym u zegarmistrza.

„Nigdy nie wpadnę w ich ręce" – powiedział wówczas. Połknął cyjanek, gdy gestapowcy stanęli w drzwiach. Kto go wydał? Ta dziewczyna, której palce głaszczą teraz jego dłoń?

– Jesteś cudowna, Lizo – powiedział – chciałbym…

– Nie mów nic więcej – przerwała. – Zapłać za ten koniak.

Gdy kelnerka odcinała kupony, Kloss raz jeszcze analizował rozmowę przy stoliku. Jeśli Liza przekaże ją w gestapo, czy cokolwiek może wydać się podejrzane? Pomyślał nagle, że dobrze byłoby poznać gestapowca, który prowadzi tę sprawę. Zawsze dobrze znać przeciwnika.

4

Gestapowiec nazywał się Poller. Był hauptsturmfuehrerem i zastępcą szefa wrocławskiego SD. W cywilu, zanim poznał smak władzy, zajmował niezbyt eksponowane stanowisko prokurenta bankowego. Uważał, że szefowie go nie doceniają, w ciągu sześciu lat jego pobory zwiększyły się tylko o 20 marek. Dlatego wstąpił do SS, a potem, wybranego spośród wybranych, przydzielono go do SD. Tu jego kwalifikacje i możliwości zostały w pełni wykorzystane. Był cierpliwy i posłuszny; nie kwestionował rozkazów, ale nie działał na ślepo. W banku nauczono go, że zbyt szybki zysk to zazwyczaj mały zysk. Gdy akcje zwyżkują, trzeba poczekać. Warto czasami wypuścić płotkę, żeby złowić karpia. Powtarzał takie maksymy i w gestapo mówiono, że Poller jest zręczny i ma buldoży chwyt. Nikt nie pamiętał, żeby ktoś mu się wymknął.

Ale wszystkie dotychczasowe sukcesy wydawały się Pollerowi zbyt błahe; czekał na swoją wielką szansę; wyobrażał sobie, że jego raport przeczyta kiedyś sam Himmler. A może zainteresuje się nim Fuehrer? Poller widział już minę swego szefa, gdy przyjdzie wezwanie z Berlina. A może mianują go szefem wrocławskiego SD? Tak, niewątpliwie powinien nim zostać. Rano stawał przed lustrem, podnosił niedbale rękę do góry. StandartenFuehrer Ernst Poller. StandartenFuehrer! Czy można sobie wyobrazić coś wspanialszego?

I oto pojawiła się wreszcie wielka szansa. Poller od rana do wieczora tkwił w swym gabinecie i czekał. Wypijał co godzinę pół kieliszka koniaku. Wypalał cygaro. Jeśli wygra, spełnią się wszystkie marzenia. Musi wygrać! Potrzebna jest tylko cierpliwość. Ale jak długo może czekać najcierpliwszy spośród cierpliwych, Ernst Poller?

Tego dnia, gdy Kloss rozmawiał w „Dorocie" z Lizą Schmidt, Poller był już zdecydowany na rozegranie końcówki. Miał wszystkie atuty w ręku, plan przygotowany od dawna, rozważany szczegółowo, należało już realizować. Tylko bez pośpiechu, ciągle bez pośpiechu, a jednak w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin. Unicestwi wówczas nie tylko przeciwnika, który najbezczelniej w świecie uwił sobie gniazdko tu, we Wrocławiu, ale także jego kontakty, jego środki łączności… Może wówczas zacznie się jeszcze jedna wielka gra? Ostatecznie… z kim ma do czynienia? Czy jego – Pollera – kwalifikacje i zręczność są w ogóle porównywalne z możliwościami Słowian? Roześmiał się. Pozwolił sobie wypić dodatkowy kieliszek koniaku, a potem spojrzał na zegarek. Podniósł słuchawkę telefonu. Wykręcił numer. Rozległ się długi sygnał.

Czekał chwilę, potem rzucił słuchawkę, nacisnął dzwonek. Na progu pojawił się natychmiast – Ernst Poller nie tolerował nawet trzydziestu sekund zwłoki – jego pomocnik, Johann Bradt.

– Sprawdź w urzędzie napraw – powiedział Poller -czy numer 209-13 nie jest uszkodzony. Nie mogę się dodzwonić.

– 209-13 – powtórzył Johann Bradt.

5

Zapadł już wczesny zimowy zmrok. Powiał ostry wschodni wiatr, ludzie podnosili kołnierze jesionek i znikali w bramach.

W mieszkaniu Lizy Schmidt było natomiast przytulnie i ciepło. Nad szerokim, przykrytym barwną narzutą tapczanem wisiał portret Fuehrera. Dwa głębokie fotele przy stole, a na półeczce, obok telefonu, oczywiście „Mein Kampf ". Kloss zlustrował to wnętrze z napięciem i uwagą. Właśnie tak powinno być: mieszczańsko, niezbyt gustownie, zgodnie z rolą, ale jaką właściwie rolą? Tylko jedno nie pasowało, choinka w kącie. Te kolorowe szklane kule, anioł na wierzchołku… Kloss uśmiechnął się nagle: oczywiście, jak mógł o tym nie pomyśleć?

Przyciągnął Lizę. Nie broniła się, choć była w niej jakaś sztywność.

– Spieszysz się, Hans – powiedziała miękko. – Jak ci się tu podoba?

– Bardzo – stwierdził szczerze. – Ty mi się bardzo podobasz. – Podszedł do stolika i wziął do ręki „Mein Kampf". Nosił ślady częstego czytania. Potem spojrzał na telefon.

– 209-13 – przeczytał. – Zapamiętam ten numer. Milczała.

– Zachowujesz się tak, jakbyś żałowała, że mnie zaprosiłaś.

– Nie, nie! – usiłowała być wesoła, widział, jak bardzo chciała być wesoła. – Cieszę się, że jesteś. A teraz zrobię nam coś do jedzenia. I coś do wypicia.

– Świąteczne zapasy?

– Nie przygotowuję świąt.

– A gdzie spędzasz wigilię? Spojrzała zdziwiona.

– Dlaczego o tym pomyślałeś?

– Bo ta choinka – powiedział Kloss. – Usiłuję sobie przypomnieć, gdzie już widziałem taką choinkę.

– Śmieszne. Choinka jak choinka. Nie podoba ci się? Ja co roku sama ubieram drzewko.

– I zawsze tak? U nas w domu była inna. Surowsza, nagie gałązki przyprószone watą. Zresztą we wszystkich niemieckich domach, jakie znam, choinka była właśnie skromna, chłodna, oszczędna.

– Nie rozumiem – Liza patrzyła na niego z niepokojem. – Co chcesz przez to powiedzieć?

– Taką ubraną w kolorowe papierki widziałem niedawno w Polsce, Lizo. Tak – dodał po chwili – to polska choinka.

Myślał jednocześnie: Zgrywam się albo jestem naprawdę sentymentalny. Co chcę przez to osiągnąć? Ta dziewczyna przez dwa lata gromadziła informacje dla naszego wywiadu. Kiedy zdradziła? Gdybym uwierzył, że jest niewinna, poszedłbym stąd natychmiast. A może bym jednak został? Przyjmuje niemieckich oficerów frontowych i potem przegląda ich kieszenie albo prowokuje do zwierzeń. Czy tych, którzy zbyt dużo mówią, przekazuje gestapo? A jeśli Artur Drugi się myli?

– Czy chcesz – powiedziała Liza – żebym zdjęła te kolorowe papierki?

– Nie, skądże! Cóż nam przeszkadza, polska choinka!

– Nie mów tak, to mnie denerwuje.

– Dlaczego? Czy sądzisz, że niemieckim oficerom nie mogą się podobać polskie choinki?

– A polskie dziewczęta?

– Byłem w Polsce, Lizo – powiedział poważnie Kloss. – One nas nienawidzą. Bywa, że do nas strzelają. – Przyciągnął ją znowu do siebie. – Dlatego tak tęsknimy do niemieckich dziewcząt.

Jakże mu obrzydła ta gra! Najchętniej by wstał i zadał tej dziewczynie parę prostych pytań. Po polsku. Pocałował ją. Oczy miała zamknięte.

– Puść mnie, Hans – powiedziała może zbyt ostro.

– Dlaczego?

– Obiecałam przygotować coś do zjedzenia.

– Nie jestem głodny.

– Cierpliwości, miły… Mamy czas. Bardzo dużo czasu.

Zgasił górne światło, włączył radio. Nadawano kolejny komunikat Oberkommando der Wehrmacht. Ostre walki w Stalingradzie. Kloss uśmiechnął się. Już przed miesiącem zamknęły się kleszcze wokół armii Paulusa. Kiedy o tym powiedzą? Odpoczywał, a przynajmniej usiłował odpoczywać. Z kuchni dochodził brzęk talerzy. Pomyślał, że wieczór z taką dziewczyną mógłby być naprawdę przyjemny. Przymknął oczy, potem zerwał się i przespacerował po pokoju. Zaglądał do wszystkich kątów, pod obrazy, makatki i zasłony na oknach. Ciekawe, czy gestapo zainstalowało tu podsłuch? Nic nie znalazł. Zgasił radio i wrócił na kanapę; ogarnęło go nagłe zniechęcenie. Minął pierwszy dzień, a on nie posunął się ani o krok.

Liza naprawdę umiała gotować. Wino było niezbyt dobre, ale kiełbasa w pomidorowym sosie znakomita. Potem ciasteczka własnej roboty; pomyślał, że ma chyba jednak dodatkowe kartki żywnościowe. Kloss pił dużo, a ona dolewała nieustannie; sama ledwie dotykała kieliszka. Rozmowę prowadziła zręcznie. Kloss podziwiał umiejętność zadawania pytań niby niewinnych, nawrotów i ucieczek. Wydawało się, że nie słucha, gdy mówił, bo ją, niemiecką dziewczynę, nie obchodzą przecież męskie sprawy, ale interesował ją każdy szczegół i uparcie dążyła do celu. Świadomie ułatwiał jej grę. Opowiedział o przyjacielu, który ze swym korpusem pancernym trafił teraz spod Moskwy nad Don. Wymienił nazwisko. Potem jeszcze parę nazwisk chłopców, którzy poszli pod Stalingrad.

– A ty? – zapytała Liza. – Ciebie tam nie posyłają? Kloss roześmiał się.

– Nie wiem. Jeśli dywizję pancerną, która niedawno stała we Francji, wysłano nad Wołgę, każdego z nas może to czekać… Ale ja wrócę, Lizo. Na pewno mnie zobaczysz.

12
{"b":"89354","o":1}