ЛитМир - Электронная Библиотека
A
A

Wieczorem długo spacerował z Benitą pustymi Alejami Ujazdowskimi. Ta brzydula w okularach nie była głupia; raczę] niebezpieczny przeciwnik, jeśli traktować ją jak przeciwnika. Rozmawiali o Warszawie, Kloss opowiadał o zniszczeniu miasta i Benitą natychmiast stwierdziła, że mówi na ten temat zbyt długo… Ze jego ton… Czyżby popełniał tak idiotyczne błędy? Wiedział przecież, że nie wolno mu ani na chwilę wypaść z roli. Przypomniał sobie „Żółty Krzyż" Struga, książkę, którą ogromnie lubił. Claude uwierzył, że jest Niemcem. Czy on też powinien uwierzyć?… Szaleństwo!

– Żal panu Warszawy? – spytała Benitą.

– Nie – oświadczył spokojnie. – Nie jestem sentymentalny.

– Niemcy bywają sentymentalni – stwierdziła. – To taka niemiecka cecha. Nawet potrzeba niszczenia jest dla nas potrzebą emocjonalną.

– Być może – rzekł sucho. I wziął ją pod rękę.

Uśmiechnęła się, leciutko przytuliła się do niego. Pomyślał, że powinien zaprosić ją do siebie. Odrzucił jednak tę myśl; jeszcze ma czas, jeszcze nie wiadomo, czy będzie mu potrzebna. W tej chwili usłyszeli kroki patrolu, dowódca zasalutował. Dochodzili właśnie do rogu

Piusa XI, gdy po przeciwległej stronie ulicy ukazał się jakiś człowiek. Szedł bardzo szybko, przy murach kamienic. Było już dobrze po godzinie policyjnej, więc musiał się spieszyć.

Zdąży – pomyślał Kloss – nie zauważą.

Ale zauważyła Benitą.

– Patrol! – krzyknęła.

Tamci stanęli w miejscu. Natychmiast dostrzegli.

–  Halt! – wrzasnął dowódca.

Człowiek rzucił się do ucieczki. Żandarm zdjął peem, strzelał spokojnie, krótkimi seriami. Tamten potknął się, potem opadał powoli na chodnik.

– Chodźmy – powiedział Kloss. Czuł krople potu na czole. Dłoń spoczywała na kaburze; dopiero teraz dostrzegł, że instynktownie otworzył kaburę. Gdyby wyjął broń…

– Chciałeś strzelać – powiedziała Benita. – Z pistoletu nie trafiłbyś do niego.

Dławiła go nienawiść. Widział jej twarz; zdjęła okulary, a bez szkieł jej oczy były puste i bezbarwne.

– Chodźmy – rzekł.

Ujęła go pod rękę. Przytuliła się mocniej; oddychała szybko, jej dłoń, gdy dotknęła jego dłoni, była wilgotna.

– Chodźmy – powtórzył. – Gdzie mieszkasz?

– Nie wiesz, gdzie zakwaterowano profesora Henninga? Twój przyjaciel Ruppert ci nie powiedział?

Z trudem wracał do swojej roli. Myślał teraz o jednym: zabijać, zabijać, zabijać…

– Z Ruppertem się nie przyjaźnię – oświadczył. Każde słowo wypowiedziane po niemiecku sprawiało mu ból. -Po prostu go znam.

– Nie w twoim typie?

– Nie. Wolę ludzi twardszych.

– Ja też – powiedziała. -Ja też. Ty jesteś twardy, prawda?

7

Rankiem następnego dnia, gdy tylko przyszedł do biura, wezwał go pułkownik Recke. Recke był oficerem starej szkoły. Z kadry Abwehry, która nawet Canarisa uważała za nowego człowieka. Nosił monokl. Sztywny i suchy, mówił krótko, rzeczowo, tylko to, co niezbędne. Lubił alkohol, ale starannie to ukrywał przed podwładnymi.

– Pójdzie pan do Lothara – oświadczył. – O dziesiątej trzydzieści zamelduje się pan na Polizeistrasse.

– Tak jest!

– Ci ludzie mają do nas znowu jakieś pretensje. Proszę wysłuchać. Umie pan milczeć?

– Umiem.

– Nie podejmować żadnych dyskusji z Lotharem. Abwehra wie wszystko, ale nie wszystko wykorzystuje. Jasne?

O dwunastej Anna spotka się z Ruppertem u Pomia-nowskiego. Jeśli konferencja z gestapowcem potrwa dłużej, nie będzie mógł jej ubezpieczać. A może Recke wie coś o Ruppercie? Nie mógł oczywiście pytać; taki stary abwehrowski sztywniak ma na pewno w głowie całe archiwum. Wykorzystuje tylko to, co się opłaca. Jemu albo Canarisowi. Jaką grę grają? Kloss od dawna podejrzewał, że Recke prowadzi skomplikowane rozgrywki i traktuje Abwehrę jak prywatną organizację. Czy uda się to wykorzystać?

Stanął przed szlabanem na Szucha, spojrzał w głąb tej ulicy, którą pamiętał z dzieciństwa. Na rogu Litewskiej mieszkała ciotka Ludka – siostra matki. Pomyślał, że przyjdzie przecież czas, gdy znikną stąd szlabany…

Z ciężarówki, która właśnie nadjechała, SS-mani spychali ludzi na płyty chodnika. Starsza kobieta spojrzała na Klossa pustym wzrokiem. Poszedł dalej… Czekał dobrą chwilę, zanim zaproszono go do gabinetu Lothara. Nie opuszczał go obraz tej starszej kobiety, która patrzyła nań, jakby był powietrzem. Wyglądała na starą nauczycielkę…

Lothar reprezentował ten typ gestapowca, który Kloss uważał za najniebezpieczniejszy. Stary członek NSDAP, przekonany, że pomijano go dotychczas w karierze, gotów był uczynić wszystko, by podskoczyć o jeden szczebel wyżej. Przed przewrotem jeździł po Niemczech jako komiwojażer niewielkiej wytwórni kosmetyków, nie umiał reklamować towaru i klepał biedę. Jedną z pierwszych czynności w SD było zadenuncjowanie dawnego chlebodawcy; zastrzelił go osobiście w małym obozie pod Hamburgiem, podobno miał potem nawet jakieś przykrości. Kloss wiedział, że Lothar nie cierpi oficerów Wehr-machtu; traktował ich wszystkich jak potencjalnych zdrajców. „Fuehrer też im nie wierzy" – powtarzał nieustannie.

Przyjął Klossa chłodno; wstał, uniósł przepisowo ramię, potem wskazał mu fotel. Nie należał do ludzi, którzy mówią wprost, o co im chodzi. W ciągu kilku lat posiadł wszystkie policyjne nawyki: kluczyć, okrążać cel, wycisnąć z rozmówcy, co się da, nie ujawniając, jak długo to możliwe, swoich informacji. Rozmawiali o profesorze Hennmgu. Lothar bez uśmiechu stwierdził, że nie uszedł jego uwagi flirt Benity z Klossem. Fakt, że Kloss tańczył z córką profesora, a potem odprowadził ją do domu, urastał w tym gabinecie do rangi informacji pierwszorzędnej wagi. Czy Kloss otrzymał od swego szefa jakieś polecenie zainteresowania się Benitą? Czy pułkownik von Recke rozmawiał z nim o von Henningu?

Wzruszył ramionami. Przez duże okno widział dziedziniec gmachu przy alei Szucha, która nazywała się teraz Polizeistrasse. Ukradkiem spojrzał na zegarek. Było już po jedenastej. Czy Lothar powie nareszcie, o co mu chodzi? Wyjaśnił, że nie miał oczywiście żadnych poleceń od swego szefa. Przecież bezpieczeństwo profesora gwarantuje całkowicie Sichereichsdicnst. A z Benitą po prostu przyjemnie się rozmawia.

Czekał. Nie zadawał żadnych pytań; każde pytanie mogło tylko wzbudzić czujność gestapowca. Wskazówki zegara poruszały się zastraszająco szybko. Kloss pomyślał, że przecież jego niepokój jest zapewne bezpodstawny; gestapo miewało do Abwehry rozmaite pretensje i rozmaite sprawy. Dlaczego sądzi, że rozmowa będzie dotyczyła Rupperta? Skąd jednak zainteresowanie Benitą?

Wreszcie Lothar zadał pytanie. Tylko niemal niedostrzegalne ściszenie głosu i zmiana akcentu wskazywały, że poruszona została nareszcie sprawa, dla której zaproszono na Szucha oficera Abwehry.

Gestapowiec chciał mianowicie wiedzieć, czy Abwehra posiada jakieś informacje o kapitanie Ruppercie…

Kloss poczuł, że serce uderzyło mu gwałtowniej. Zapalił papierosa, spojrzał znowu na zegarek. Zbliżało się wpół do dwunastej. Wie czy nie wie? Odpowiedział ostrożnie, zgodnie z instrukcją pułkownika Recke:

– Ruppert był, jeśli jestem dobrze poinformowany, dokładnie sprawdzony przez SD.

– Proszę o wyraźną odpowiedź – zażądał Lothar. – Pan usiłuje kluczyć, jak wszyscy oficerowie Abwehry.

– To oskarżenie jest bezpodstawne – odparł chłodno Kloss. – Nie mam archiwum Abwehry w głowie.

– Wystarczy – stwierdził gestapowiec. Podniósł nieco głos, opierając, wzorem Fuehrera, lewą dłoń na biurku. -Abwehra lubi zachowywać swoje archiwum dla siebie, co? A może wam nie przeszkadzało, że Ruppert był przed wojną na usługach polskiego wywiadu?

– Ruppert?! – Kloss musiał odegrać zaskoczenie, a wskazówki zegarka wirowały mu przed oczyma. Więc wie! Widział już Rupperta w kawiarni Pomianowskiego i gestapowców czekających na Annę. Lothar zastawił oczywiście pułapkę. A może podejrzewa także Klossa? Może chce, żeby Annę wprowadzono do jego gabinetu wówczas, gdy on, Kloss, jeszcze tu będzie? Musiał natychmiast uprzedzić dziewczynę. Teraz liczyły się już minuty.

– Nic nam nie wiadomo o zdradzie Rupperta – stwierdził. -Jeśli go zdemaskowaliście, gratuluję sukcesu -dławił się własnymi słowami.

– A zdemaskowałem go. Zdemaskowałem-powiedział Lothar. -I to bez waszej pomocy. Jesteście organizacją -ryknął nagle – która nie wykonuje swych obowiązków! Może to pan powtórzyć swojemu szefowi!

– Kto przydzielił Rupperta Henningowi? – zapytał Kloss. – Sprawdzenie jego przeszłości również powierzono wam. – Spojrzał ostentacyjnie na zegarek.

– Spieszy się pan? – głos Lothara zabrzmiał ironicznie.

– Spieszę się – odpowiedział Kloss. – Co mam przekazać pułkownikowi Recke? – Była za kwadrans dwunasta.

– Chwileczkę. Chciałem panu zadać parę pytań. Osobistych, Kloss. Pan przyjaźnił się z Ruppertem?

– Przesada. Znałem go.

– Rozmawiał pan z nim o Henningu?

– Byłem wtedy na przyjęciu – odpowiedział Kloss. -Podobnie jak pan. Przedstawił mnie Benicie.

Ruppert czeka już w kawiarni, Anna będzie tam za chwilę. Jest punktualna. Zawsze była, niestety, punktualna. Lothar na pewno nie aresztował Rupperta; wycisnął z niego wszystko i za chwilę będzie miał Annę. On już nie zdąży; jest za dziesięć dwunasta.

– Aresztował pan Rupperta? – zdecydował się na pytanie.

Na twarzy Lothara pojawiło się cos w rodzaju uśmiechu. Teraz i on spojrzał na zegarek.

– Uważa mnie pan chyba za idiotę, Kloss. Proszę po wiedzieć pułkownikowi von Recke, żeby przeszukał te swoje archiwa. Jeśli jest coś o Ruppeicie, dostarczcie mi.

Niewiele się od pana dowiedziałem.

Kloss wstał.

Pięć minut. Zostało mu jeszcze pięć minut.

Długi korytarz. Schody. SS-man podniósł kratę. Znowu korytarz. Powinien biec, ale musi iść wolno, obojętnie minąć wartownika, jakie ma zresztą jeszcze szansę? Dwunasta za trzy minuty.

W tej właśnie chwili, gdy Kloss opuszczał gmach na Szucha, w kawiarni Pomianowskiego kapitan Ruppert zamawiał kawę. Spojrzał przez szybę, rozłożył na stole gazetę i rzucił na nią pudełko papierosów. Żal mu właściwie było tej dziewczyny, na którą czeka w rogu sali dwóch agentów Lothara po cywilnemu, ale z litością i goryczą myślał przede wszystkim o sobie. Oto do czego go doprowadzili! On, kapitan Willy Ruppert, oficer z wielką przyszłością, kochanek najpiękniejszej kobiety w Warszawie, musi odgrywać tu, w tej polskiej kawiarni, rolę przynęty, małego szpicla, którego można bezkarnie skopać i zeszmacić. Nienawidził teraz ich wszystkich: Lotharów w czapkach z trupimi czaszkami, brutalnych i pewnych siebie, Polaków, którzy zmusili go do zdrady i tych mijających go na ulicach, o wzroku utkwionym w ziemię, żeby ukryć strach i pogardę. Starszy pan wybijał jakąś melodię na pianinie; fatalnie fałszował ten starszy pan; Ruppert ma absolutny słuch, stara się więc nie słuchać; znowu spojrzał w szybę. Ta dziewczyna powinna już być! A może nie przyjdzie? Chciałby, żeby nie przyszła, właściwie naprawdę chciałby, żeby jej nie dosięgli oprawcy z Polizeistrasse, ale natychmiast ogarnął go strach. Lothar nie uwierzy, oświadczy, że Ruppert go okłamał. Jaki los go czeka? Dwaj agenci obserwowali go uważnie. Znał te twarze, chłodne twarze zbirów. Obaj jednocześnie spojrzeli na zegarki. Niecierpliwili się.

29
{"b":"89354","o":1}