ЛитМир - Электронная Библиотека
A
A

– Proszę mnie puścić! – zawołała Anna. Ludzie omijali ich, wskakując do wozu, udając, że nic nie widzą. Tramwaj ruszył.

– Nie znam pana! – krzyknęła i uczepiła się uchwytu drzwi, ale na chodniku pojawił się patrol żandarmerii.

– Brać ją! – rozkazał Ruppert.

Lothar powiedział, że znalezienie tej dziewczyny jest ostatnią szansą Rupperta. Ruppert ją znalazł, ale czuł niesmak, gorycz w ustach, gdy meldował się u sturmbannFuehrera. Sądził, że mu przynajmniej podziękują, ze może to się jakoś skończy, miał ciągle nadzieję, że wyrwie się z tej sieci. Ale reakcja Lothara była zaskakująca.

– Dureń jesteś! – wrzasnął gestapowiec.

Ruppert poczuł, że drżą mu ręce; w ciągu ostatnich paru dni przywykł do obelg, wiedział, że nie zareaguje już na żadną zniewagę, ale nie umiał ukryć drżenia rąk. Nieustannie powtarzał w myśli, co należałoby powiedzieć temu sztywniakowi, tej drobnej łajdaczynie, która nie wiadomo jakim sposobem osiągnęła władzę nad ludzkim życiem i śmiercią, ale milczał.

– Dureń jesteś – powtórzył już spokojniej Lothar. -Kto ci powiedział, że chcę ją aresztować, miałeś nie spuszczać jej z oczu – to wszystko. Taka szansa! Mając tę dziewczynę, mogliśmy dotrzeć do ich siatki. – Usiadł przy biurku i patrzył zimno na Rupperta. – Właściwie jesteś już niepotrzebny, Ruppert – powiedział. – Spaliłeś się, Ruppert. A może zrobiłeś to umyślnie? No, gadaj, może nadal prowadzisz podwójną grę?

Ruppert chciałby coś powiedzieć, zaprotestować, ale słowa zastygły na wargach.

Jestem niemieckim oficerem – myślał i milczał czując, jak sztywnieją mu kolana i pamiętając bez przerwy, ze oto on, kapitan Ruppert z dobrej niemieckiej rodziny, stoi na baczność przed byłym komiwojażerem, który ma go w garści.

Ale wściekłość Lothara osiągnęła szczyt dopiero za chwilę. Zadzwonił telefon i meldunek, który odebrał właśnie sturmbannFuehrer, był tego rodzaju, że nawet on, wychowanek solidnej szkoły gestapo, stracił spokój. Zniknęła Benita von Henning.

Lothar wyrzucił z gabinetu Rupperta; wezwie go jeszcze i przydusi do ściany, teraz miał jednak co innego do roboty. Profesor von Henning zaalarmował już Berlin, dzwonił do gruppenFuehrera, a on, Lothar, nie rozumie i nie będzie rozumiał po paru godzinach przesłuchań, jak to się mogło stać. Wartownik, który pełnił służbę przy bramie, przysięgał, że Benita wróciła do willi około godziny 11.30 w nocy, przed zmianą warty. Wszyscy żandarmi, którzy potem pełnili służbę, oświadczyli, że nikt nie opuszczał już willi. Nikt też do niej nie wchodził. Dopiero nad ranem wrócił z przyjęcia u generała profesor von Henning. Jak to się więc stało? Jakim cudem mogła zniknąć Benita? Dokąd poszła? Kto ją porwał? I jeśli porwał, jak zdołał zmylić czujność wartowników? A może żandarmi byli w zmowie? Nie, to nieprawdopodobne! Ci, których wyznaczył do pilnowania willi, byli najlepszymi jego ludźmi, wielokrotnie sprawdzonymi, nie mogli zawalić takiej roboty.

To samo zameldował po paru godzinach gruppen-Fuehrerowi, gdy ten wezwał go do siebie, do swego obszernego gabinetu, którego okna wychodziły na pustą zazwyczaj Polizeistrasse. GruppenFuehrer siedział w fotelu i przyglądał się Lotharowi swoim zimnym wzrokiem. Lothar stał przed nim w postawie zasadniczej i myślał, że wobec niego jest niczym, pionkiem, którego w każdej chwili można wysłać na front wschodni albo zastrzelić w piwnicy. Nie budziło to w nim protestu; odczuwał tylko strach, ten sam strach, który powinni czuć ludzie stojący na baczność w jego gabinecie.

– Zrobiłem wszystko, co mogłem, panie gruppen-Fuehrer – wyjaśniał.

– Nic pan nie zrobił – odpowiedział chłodno dostojnik. -Jeśli córka Henninga nie znajdzie się w ciągu dwóch dni, nie chciałbym być na pana miejscu. Co pan wie o Be-nicie von Henning? – zapytał.

– Nie rozumiem – powiedział, choć rozumiał doskonale.

– Przegrał pan wczoraj dużo pieniędzy.

– Nie ma o czym mówić – odparł niedbale.

– Przecież wiem, jak mało dają wam pieniędzy. Ograniczenia dewizowe… – zamilkł, jakby czekał, że Kloss mu pomoże. Wczoraj, kiedy Kloss wstał od stolika mówiąc, że patrzenie na goły brzuch tancerki jest jednak mniej kosztowne, Witte, zgarniając stos banknotów, z wyrzutem spojrzał na Christopulisa. „No i co pan narozrabiał? – mówiło to spojrzenie. – Zamiast przegrać, wygrałem". Chnstopulis zrozumiał niemy wyrzut.

– Jest jeszcze lepiej, niż było przedtem – powiedział cicho. – Ten człowiek sporo przegrał, ma więc kłopoty pieniężne, ale przecież dobry przyjaciel może mu pożyczyć. Powinien mu pożyczyć. I wziąć pokwitowanie -dodał wstając od zielonego stolika.

Witte czekał teraz na potwierdzenie Klossa, że przydziały dewiz są rzeczywiście skąpe, stworzyłoby mu to szansę zaofiarowania pożyczki. Ale Kloss milczał, patrząc nań pytającym wzrokiem. Więc Witte zaatakował frontalnie:

– Proszę mi powiedzieć szczerze, jak pan stoi z pieniędzmi?

– Uczciwie mówiąc, nie najlepiej – odparł Kloss myśląc, że jego rzucona na odczepnego sugestia, iż ktoś z konsulatu będzie się starał pożyczyć mu pieniądze, znajdzie potwierdzenie z najmniej spodziewanej strony.

Więc to Witte – pomyślał – jest człowiekiem, którego trzeba chronić.

– Proszę-powiedział Witte, podając Klossowi zwitek banknotów.

– Co to jest? – zapytał udając, że nie rozumie.

– Pięćset funtów, mniej więcej tyle pan przegrał.

– Nie mogę – powiedział Kloss – chyba nie mogę… -zawahał się.

– A może Benita opuściła willę dopiero rano? – powiedział Lothar.

– Żarty! – warknął profesor. – Nie radzę panu ze mną żartować. Gdy wróciłem, Benity już nie było.

– Czy zniknęło coś z jej rzeczy oprócz wieczorowej sukni, płaszcza i torebki?

– Nie, nic więcej nie zniknęło – rzekł profesor. – Ale Benita miała przy sobie klucze do kasy pancernej, rozumie pan? Klucze do mojej kasy pancernej.

– To nieostrożność – oświadczył sucho Lothar.

– Nieostrożnością było – odparował profesor – powierzenie panu strzeżenia mojej osoby.

Opuścił gabinet Lothara, nie podnosząc nawet ręki na pożegnanie. A Lothar przecież wiedział, że von Henning może sobie na to pozwolić, że profesora jeszcze przed wojną przyjmował w swojej willi w Berchtesgarden sam fuehrer.

Lothar kazał wezwać do siebie Klossa, ale przedtem postanowił przesłuchać jeszcze schwytaną przez Rup-perta dziewczynę. Jak należało przypuszczać, zaprzeczała wszystkiemu.

– Ten pan się omylił – szeptała – ja go nie znam.

Przyglądał się dziewczynie siedzącej na małym stołku pod drzwiami jego gabinetu. Wiedział, że w normalnej rozmowie nic z niej nie wyciśnie, tu należało zastosować metody znacznie ostrzejsze, ale jeśli je zastosuje, nie był pewien, czy dziewczyna wytrzyma.

– Masz tylko jedną szansę: powiedzieć prawdę – mówił. – Chcemy niewiele: twój kontakt i adresy…

– Nie wiem, czego ode nie chcecie.

– Radzę ci się zastanowić. Pokażę ci ludzi, którzy także twierdzili, że nic nie wiedzą. Zobaczysz, jak teraz wyglądają.

Milczała. Czy jego słowa wywarły na niej jakieś wrażenie?

– Komu odniosłaś dokumenty dostarczone przez Rupperta?! – krzyczał. – Kornu je odniosłaś?

Zacisnęła usta. Była bardzo blada, w jej oczach dostrzegł strach, na pewno strach, ale milczała.

– My i tak wszystko wiemy – mówił spokojnie. – Wyjdziesz za godzinę na wolność, jeśli powiesz.

Pochylił się nad nią. W palcach trzymał zapalonego papierosa. Widział bardzo blisko twarz Anny i zbliżał powoli papieros do jej policzka.

– Gdzie jest Benita von Henning? – zapytał.

– Nic nie wiem – szepnęła. – Nie znam takiej pani.

– Jesteś twarda, co? Tym gorzej dla ciebie. Za godzinę zaczniesz mówić inaczej.

Na progu stanął SS-man i zameldował przybycie porucznika Klossa.

– Niech wejdzie – powiedział Lothar i kazał wyprowadzić Annę.

Spotkali się na progu, Anna nie podniosła głowy, nie spojrzała na niego, bo bała się, że Lothar dojrzy w jej oczach coś, czego nie powinien zobaczyć. Zęby tylko Janek nie dał nic po sobie poznać. Krew odpłynęła z jego twarzy. Anna zobaczyła tylko gest, niedostrzegalny i niedorzeczny gest przesunięcia kabury na brzuch. Po co to zrobił? Nie należało tego robić.

– Złapaliśmy ładnego ptaszka – powiedział Lothar. -Agentka z polskiej siatki – wyjaśnił.

– Zdjął pan siatkę? – Kloss nie wiedział, jakim cudem udaje mu się panować nad sobą.

– Nie.

– Powiedziała? – zapytał Kloss. Czy gestapowiec usłyszał drżenie jego głosu?

– Powie – stwierdził spokojnie Lothar.

Kloss siadł na krześle, nie czekając zaproszenia.

– Może nie trzeba było jej zdejmować – oświadczył.

– Proszę się nie wtrącać do moich spraw! – wybuchnął Lothar. Jeszcze tego brakowało, żeby jakiś szczeniak z Abwehry powtarzał mu słowa gruppenfuehrera. -Nie po to pana tu wezwałem, żeby rozmawiać o polskich agentach aresztowanych przez gestapo. – Spojrzał zimno na Klossa. -Wczorajszy wieczór spędził pan z Benita von Henning.

Kloss spokojnie zapalił papierosa.

– Jest pan źle poinformowany – stwierdził. – Na spacerze z Benita byłem przedwczoraj. A o co chodzi?

– Proszę odpowiadać na pytania!

– Nie lubię tego tonu.

– Przyzwyczai się pan – głos Lothara był teraz bezbarwny. – Skąd pan wie, czy wyjdzie pan stąd kiedykolwiek?

– Sądzę, że jednak wyjdę – odpowiedział Kloss. – Proszę zadzwonić do Benity i zapytać, czy byłem z nią wczoraj.

– Benita von Henning zniknęła – oświadczył sturmbann-fuehrer. – A pan, panie Kloss, jest jednym z podejrzanych.

– Żarty! – Teraz Kloss wybuchnął. Był to wybuch dobrze zagrany. Kloss wiedział, jak rozmawiać z takimi ludźmi. -Jak pan śmie – krzyczał – oskarżać oficera niemieckiego! Ja nie jestem Ruppertem, Lothar! Natychmiast dzwonię do Reckego.

Ten bluff odniósł skutek.

– Proszę się uspokoić, Kloss – powiedział Lothar -pogadamy.

Wypytywał go o Benitę, o ich znajomość, Kloss odpowiadał, starając się zachować czujność, a jednocześnie myśląc ciągle o Annie. Anna jest tutaj. Jak można wydobyć Annę z alei Szucha? Kloss wiedział, że to równie trudne, jak zdobycie papierów von Henniga, ale wiedział także, że zrobi wszystko, by ją uratować.

32
{"b":"89354","o":1}