ЛитМир - Электронная Библиотека
A
A

Usłyszał miarowe uderzenia o bruk, szedł patrol żandarmerii. Kloss ruszył szybkim krokiem. Nie powinni go tu widzieć. Przyjdzie jeszcze za dwie godziny, chociaż nie powinien przychodzić, bo jeśli Ewa… Przeklinał teraz swoją robotę, wolałby być z nimi tam na szosie, a nie tutaj, pozbawiony możności działania, skazany na czekanie. „Wojna jest czekaniem" – to znowu jedna z prawd sprawdzających się co dzień.

W kuchni Kurt pitrasił kolację. Stanął na baczność, jego gęba promieniała uśmiechem.

– Były telefony? – zapytał Kloss.

– Nie, panie poruczniku; ja wróciłem o ósmej, panie poruczniku.

Kloss wszedł do swego pokoju, rzucił czapkę i płaszcz na łóżko i podniósł słuchawkę. Zażądał połączenia z von Rhodem, ale von Rhodego nie było, a dyżurny oświadczył, że major nie pytał o Klossa. Rhode powiedział, że spotka się wieczorem z Kruckiem. Czyżby więc akcja spaliła na panewce?

Na progu stanął Kurt z tacą w ręku.

– Kolacja gotowa, panie oberleutnant.

– Zjedz sam – powiedział Kloss. Kurt nie ustępował tak łatwo.

– Pan oberleutnant jadł tylko obiad w kasynie, a wiadomo, jak w kasynie karmią. To oficerskie żarcie nic nie jest warte.

– Wynoś się!

Został sam i mógł tylko czekać. Usiadł przy stole i rozłożył przed sobą „Vólkischer Beobachter". Nie miał nawet niczego do czytania, nic nie wolno mu było trzymać w domu, ani jednej polskiej książczyny. Usłyszał trzaśniecie drzwiami, potem jakieś głosy w kuchni. Ktoś przyszedł do Kurta? Kurt nie miał przyjaciół, stronił raczej od ordynansów innych oficerów. Kloss odłożył gazetę i w tej chwili w drzwiach pojawił się Kurt.

– Panie oberleutnant – powiedział – przyszła jakaś dziewczyna.

– Kto? – zapytał machinalnie Kloss.

– Polka – powiedział Kurt. Był także zdziwiony. Ober-leutnant Kloss rzadko przyjmował dziewczęta, a nigdy nie przychodziły do niego Polki.

Kloss słuchał nie rozumiejąc. Zrozumiał dopiero, gdy w drzwiach pojawiła się Ewa, a Kurt zniknął w kuchni. Była bardzo blada, oparła się o ścianę i oddychała ciężko. Kloss poczuł gwałtowną radość, że dziewczyna jest, że żyje, dopiero po chwili ogarnęła go złość.

– Po co tu przyszłaś? – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Jak mogłaś tu przyjść? Tyle razy powtarzałem. Czekałem na punkcie… Macie go?

– Nikt nie ocalał – powiedziała z trudem Ewa. – Była obława. Nie doszliśmy do leśniczówki.

Dopiero teraz dostrzegł, że jest ranna. Osunęła się na podłogę, potem chciała wstać, ale Kloss podniósł ją lekko i zaniósł na łóżko. Ściągnął kurtkę, syknęła z bólu. Leżała z zamkniętymi oczyma. Klossowi wydawało się, że już nie oddycha, poszukał tętna. Na prawym ramieniu miała prymitywny opatrunek. Bandaż przesiąkł krwią. Kloss podbiegł do szafy, znalazł bandaż, ale gdy chciał ją podnieść, jęknęła, a potem zobaczył, że płacze.

– Ja stąd pójdę – szepnęła przez łzy. – Dostałam pod lasem. Zawiązali mi we wsi… Janek, Janek, po co ja tu przyszłam?

Nigdy dotąd nie czuł się tak bezradny. Minęła już godzina policyjna, nie było nikogo, do kogo mógł się zwrócić. Wszyscy zostali tam, pod lasem. Ile trzeba czasu na nawiązanie łączności? Ile czasu może przetrzymać tu Ewę? Skąd wziąć lekarza?

W tej chwili usłyszał głos w kuchni. Ciężkie kroki zbliżające się do drzwi.

– Czy oberleutnant Kloss jest u siebie? – to był major von Rhode.

Klossa ogarnęła panika. Pomyślał, że to koniec. Odbezpieczył rewolwer. I natychmiast zrozumiał, że jeśli nawet zastrzeli von Rhodego i ucieknie, będzie musiał zostawić tu Ewę. Wtedy usłyszał głos Kurta.

– Pan porucznik jest u siebie. Ma dziewczynę.

Kloss schował pistolet do kieszeni spodni; gwałtownie, szarpiąc guziki, ściągał mundur. Kurt był jednak niezastąpiony. Gdyby nie on…

– Dziewczynę – powiedział von Rhode stojąc na środku kuchni. – Zdarza się. – Wyciągnął papierośnicę, zapalił, a jednego papierosa rzucił na stół.

– Dziękuję, panie majorze – powiedział Kurt.

– Polka? – zapytał von Rhode.

– Nie wiem… – Klossowi zdawało się, że słyszy oddech Kurta. Czekał. Powinien wejść do kuchni już zupełnie spokojny. – Ładna – dodał ordynans.

– Szeregowcy odpowiadają tylko na pytania. – Von Rhode wskazał drzwi. – Zapukajcie.

Kloss odskoczył od progu, potem ryknął:

– Co tam?

– Pan major von Rhode! – odkrzyknął Kurt. Kloss odczekał jeszcze kilka chwil i wytoczył się z pokoju. Zatrzasnął za sobą drzwi.

– Heil Hitler, panie majorze. Pan major wybaczy, nie byłem przygotowany.

– Widzę – powiedział sucho von Rhode. – Muszę stwierdzić, że znalazł pan niezbyt odpowiedni czas na rozrywki miłosne.

– Kurt, otwórz ten koniaczek… Nie jesteśmy mnichami, panie majorze. W tym przeklętym kraju… Rhode przyglądał mu się uważnie.

– Nie lubię tego tonu u moich oficerów. Nie będę pił.

– Panie majorze – szarżował dalej Kloss – proponuję wesoły wieczór. Należy nam się coś od życia, do diabła!

– Nie poznaję pana, oberleutnant. – Rhode mówił cicho, w jego głosie dźwięczała jednak groźba. – Będzie pan miał swój wesoły wieczór.

Kloss natychmiast zmienił ton:

– Co się stało? – zapytał.

– Odeśle pan zaraz tę dziewczynę.

– Proszę o godzinę czasu.

Rhode patrzył na drzwi. Chciał wejść. Nie zdecyduje się wejść.

– Polka? – zapytał.

Kloss zawahał się. Kłamstwo mogło być zbyt kosztowne. W tym miasteczku było tylko parę Niemek.

– Tak – powiedział po chwili.

– Polka – powtórzył von Rhode. – Ostrożnie z Polkami, panie oberleutnant. I proszę na drugi raz pamiętać: nie lubię ani wulgarności, ani sentymentalizmu.

Zostali sami w kuchni. Kurt stał na baczność i wydawało się Klossowi, że czeka. Na wyjaśnienie? Na podziękowanie? Kloss położył mu rękę na ramieniu. Nie miał na nic czasu. Musiał podjąć jakąś decyzję. Była tylko jedna szansa: miejscowy szpital.

– Nie wpuszczaj tu nikogo – powiedział. – Pod żadnym pozorem me wpuszczaj. Wrócę niedługo. Mundur zapinał już na schodach.

4

Szpital w Borzentowie mieścił się parę ulic dalej. Był to długi, parterowy budynek, otoczony koślawym murkiem. Przed wojną chorych wożono najczęściej do Kielc albo do Radomia, nikt nie dbał o szpital w Borzentowie i nikt by nie uwierzył, że można w tym budyneczku pomieścić sześćdziesięciu chorych. Łóżka stały na korytarzach, zlikwidowano dwa gabinety lekarskie, a kierownik szpitala i jednocześnie jedyny lekarz urzędował w niewielkiej dyżurce. Doktor Jan Kowalski, bo tak się zwyczajnie nazywał, ukończył medycynę w trzydziestym ósmym roku i tu, do Borzentowa, skierowano go na praktykę. Marzył, że będzie pracował pod kierunkiem doświadczonych lekarzy, a tymczasem pracował zupełnie sam od chwili, gdy doktora Fejersa wywieziono do getta w Kielcach. Stawiał diagnozy, wykonywał proste zabiegi i ślęczał całymi nocami nad książką, szukając odpowiedzi na pytania, o których książki nie wspominały, ponieważ nikt nie przewidywał, że młody stażysta może w ciągu dwóch lat zostać kierownikiem szpitala.

Ten wieczór spędzał, podobnie jak niemal wszystkie, w szpitalu. Siostra Klara podawała mu właśnie herbatę.

Siostra Klara miała najwyżej dwadzieścia lat, duże oczy, warkocze splecione w tyle głowy i zielonego pojęcia o medycynie.

– Proszę się napić herbaty i iść spać – powiedziała siostra Klara. – To już druga noc, pan się wykończy. Kowalski milczał.

– Przygotuję parę kanapek – ciągnęła Klara. – Mama przywiozła wczoraj schabik ze wsi… Powinien pan dbać o siebie. Ktoś powinien o pana koniecznie dbać.

– Jak się czuje ten z trójki? – zapytał Kowalski.

– Nieprzytomny – powiedziała Klara. – Chyba dzisiaj będzie koniec.

– Daj mu coraminę.

– Mówił pan, że to beznadziejne.

– Daj – powtórzył Kowalski.

Ktoś bez pukania otworzył drzwi. Klara zobaczyła niemieckiego oficera.

– O Boże! – szepnęła.

Kloss, bo to on był właśnie, podszedł do lekarza, który powoli wstawał z krzesła.

– Pan jest lekarzem? – zapytał po polsku.

– Tak.

– Pójdzie pan ze mną – powiedział Kloss i zobaczył przerażenie na twarzy Klary.

– Chciałem pana uprzedzić – rzekł spokojnie Kowalski – że jestem tu jedynym lekarzem.

– Wiem o tym – Kloss zwrócił się do Klary: – Proszę wyjść – rozkazał i gdy dziewczyna zniknęła za drzwiami, ciągnął dalej: – Pójdzie pan ze mną do chorej. Weźmie pan wszystko, co niezbędne do opatrunku.

– Nie mam prawa leczyć Niemców.

– Prędzej, nie ma ani chwili do stracenia. Lekarz wziął torbę i ruszył ku drzwiom.

– Świetnie pan mówi po polsku – powiedział.

Zanim zdążył otworzyć drzwi, na progu stanęła siostra Krystyna. Była starsza od Klary, bardziej w typie siostry szpitalnej. Czysta, schludna, trochę nijaka, o zaczesanych gładko włosach i bladych, zapewne rzadko szminkowanych, wargach.

– Panie doktorze – zameldowała – przywieźli nieprzytomnego mężczyznę. Jakiś chłop… – W tej chwili dostrzegła Klossa i urwała. – Proszę mówić dalej – rzucił Kloss.

– Powiedziałam, że jest nieprzytomny.

– Połóżcie go tymczasem na korytarzu – polecił doktor Kowalski.

– Jest wolna separatka.

– Musimy ją zostawić dla tego z trójki. Proszę chwilę zaczekać – lekarz zwrócił się do Klossa. – Muszę go zobaczyć.

– Nie dłużej niż pięć minut – powiedział Kloss.' Chory nie pochodził na pewno ze wsi. Kowalski spojrzał na jego płaszcz i marynarkę, było coś charakterystycznego, może obcego, w ich kroju, a potem jeszcze raz pochylił się nad chorym. Objawy wydawały się typowe. Niemal jak w podręczniku. Szara skóra, zapaść.

– To szok – rzekł zwracając się do siostry Krystyny. -Ten mężczyzna jest w stanie szoku. Tu, na przedramieniu, widzi siostra niewielkie draśnięcie. Trzeba zabandażować.

Niedaleko nich stał siwawy mężczyzna, miętosząc czapkę w ręku.

– Czy ja mogę już jechać, panie doktorze? – zapytał. Kowalski dopiero teraz go spostrzegł.

– Niech pan jedzie. Gdzie pan go znalazł?

46
{"b":"89354","o":1}