ЛитМир - Электронная Библиотека
ЛитМир: бестселлеры месяца
Золотой век клиента
В метре друг от друга
Корея. Все тонкости
Возвращение к жизни. Как один человек может изменить судьбу семьи
Босс знает лучше
Алмазный меч, деревянный меч (Том 1)
Жеребец
Лось на диване, верветка на печи
После
A
A

– Wszystkich – powiedziała natychmiast.

– Siostrę Krystynę także?

– Tak.

Kłamała. Stokowski twierdził, że Krystyna zjawiła się na korytarzu ostatnia. Klara nie mogła więc jej zobaczyć.

– Pani kłamie – powiedział. Milczała.

– Myślałem, że pomoże mi pani w wykryciu mordercy. Na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech.

– Mordercy – szepnęła – są na wolności.

Kloss poczuł, że ciepła fala przepływa mu do serca. Trzeba mieć nie lada odwagę, żeby powiedzieć coś takiego niemieckiemu oficerowi. Ta dziewczyna jest jednak zbyt nieostrożna.

– To pani zabiła Welmarza – wrzasnął.

– Nie, nie zabiłam – powiedziała spokojnie.

– To się jeszcze okaże. Co pani wie o stosunkach łączących Welmarza i siostrę Krystynę?

– Nic.

– Była jego kochanką?

– Nie wiem.

– A Stokowski? Przyjaźnili się z Welmarzem?

– Możliwe – powiedziała Klara.

Stanowczo obrał złą metodę. Po raz pierwszy w ciągu tej nocy zrozumiał, że grając rolę niemieckiego oficera, nic z tych ludzi nie wyciśnie. Będą milczeli albo kłamali. Tylko jeden, tylko M-18 zachowywałby się inaczej^to nim jest? Może jednak Stokowski? Może… Bał się pomyśleć, ale to chyba wydawało się najprawdopodobmej-sze: doktor Kowalski. Zaryzykował.

– Jeśli nie pani – powiedział – pozostaje mi jako jedyny podejrzany o morderstwo doktor Kowalski. Dopiero teraz dostrzegł w jej oczach strach.

– Nie! – krzyknęła. – Nie! – i dodała: – Jeśli pan tak sądzi, proszę mnie aresztować.

Nie mógł się nawet uśmiechnąć.

Kocha tego lekarza – pomyślał.

Wymienił nazwisko von Rhodego i kryptonim M-18, nie dziwiąc się, gdy powiedziała po prostu: – Nie rozumiem.

Była raczej zaskoczona, że pozwolił jej odejść, a on, patrząc z przerażeniem na zegarek, próbował teraz uporządkować fakty i stworzyć jakąś koncepcję, przynajmniej jakąś próbę wyjaśnienia, ale czuł, że jest równie daleki od rozwiązania, jak przed dwiema godzinami. Portier, ostatni pracownik szpitala, nie zareagował oczywiście również na kryptonim M-18. Znał Welmarza, uważał go za fajnego chłopca, ale nie powiedział nawet o stosunkach łączących zamordowanego z Krystyną. Tylko Stokowski poinformował o tym niemieckiego oficera. Więc albo Stokowski, albo lekarz – doktor Kowalski. Czy istnieje inna możliwość? Kloss narysował na kartce plan szpitala, zanotował kolejność pojawiania się pracowników na korytarzu. Jedno wydawało mu się dość pewne: Krystyna nie była ostatnia. Krystynę zobaczył już na korytarzu, gdy sam wybiegł z dyżurki. Dlaczego więc Stokowski kłamał? Kloss pomyślał nagle o pewnej możliwości, którą jeszcze niedawno stanowczo odrzucił. Ale jeśli tak, nie powinien znaleźć mordercy… Powinien mordercę osłonić.

Wezwał jeszcze raz Krystynę. Zachowywała się równie spokojnie jak poprzednio.

– Chcę pani zadać tylko jedno pytanie – powiedział. -Kogo zobaczyła pani na korytarzu wychodząc z salki opatrunkowej, gdy padł strzał?

Sporą chwilę trwało milczenie.

– Nikogo – powiedziała wreszcie Krystyna.

– A Stokowskiego?

– Nie pamiętam.

– Stokowski twierdzi, że był cały czas na korytarzu.

– Jeśli tak twierdzi, to był – powiedziała Krystyna.

Chciał krzyknąć: Pani kłamie, proszę mówić prawdę, ale milczał. Kazał jej odejść. Opuściła dyżurkę nie odwracając się, widział tylko jej lekko zgarbione plecy.

Pozostawał więc doktor Kowalski. Pozostawał także leżący na korytarzu Niemiec, von Kruck. Przecież von Kruck posiada informacje, na które czeka centrala… Kilku ludzi straciło już życie, by je zdobyć. I to zadanie nie zostanie wykonane; Kruck musi umrzeć, a on, Kloss, nie zdąży zapewne dowiedzieć się od niego czegokolwiek przedtem. Nawet ustalić daty eksperymentu.

W drzwiach dyżurki stanął doktor Kowalski. Czekała go teraz rozmowa najtrudniejsza.

– Przesłuchał pan wszystkich? – Lekarz usiadł na krześle i wyciągnął nogi przed siebie. Wydawał się zmęczony.

– Tak – powiedział Kloss.

– Zapewne teraz moja kolej? – W głosie Kowalskiego trudno było nie usłyszeć ironii. – Nie bardzo pojmuję, po co pan prowadził to śledztwo.

– Było bardzo potrzebne. – Kloss umilkł i przyglądał się chwilę twarzy lekarza. Nic z niej nie mógł wyczytać.

– Wyobraźmy sobie – powiedział – że chodziło o coś innego niż znalezienie mordercy.

– Tak przypuszczałem. – Lekarz wstał i podszedł do aparatu telefonicznego. Bawił się drutem, który Kloss przeciął. – Bał się pan, że w szpitalu jest ktoś, kto może wezwać… Niemców.

Czy to prowokacja? Ale przecież ten Kowalski i tak wie dostatecznie dużo.

– Dziewczyna operowana dzisiaj – mówił powoli Kloss

– brała udział w walce. Została rozpoznana. Kowalski nie wydawał się zaskoczony.

– Wiem – oświadczył. – Wiem nawet, że raniono ją niedaleko leśniczówki…

– Tym lepiej. – Kloss mówił teraz ostrzej. – Wie pan od niego, tak?

– Tak.

– Gdzie on leży?

– Kazałem go przenieść do opatrunkowej. -I po chwili:

– Co pan zamierza?

Teraz należało odkryć karty; nie było innego wyjścia.

– Nie mamy wyboru – powiedział Kloss. – Obaj nie mamy wyboru. Jutro albo jeszcze dzisiaj może się tu zjawić gestapo. Rozumie pan, co oznaczają zeznania tego Niemca?

– Kim pan jest?

– To nieważne… Doktorze, pragnę, żeby pan zrozumiał, chcę panu wierzyć. Wiem, że to trudna sprawa, ale tego Niemca, Krucka, musimy zlikwidować.

Kowalski patrzył na Klossa, jakby nie rozumiejąc.

– Dlaczego pan milczy? – Kloss podniósł głos: – Widzi pan inne wyjście?

– Jestem tylko lekarzem – powiedział Kowalski. – Nie uczono mnie zabijania pacjentów.

– A ja jestem jednym z wielu, którzy muszą zabijać… – Kloss z trudem panował nad sobą. – Chodzi o twórcę śmiercionośnej broni, o człowieka, który nie zawaha się jutro oddać pana w ręce gestapo.

– Jest pod moją opieką – szepnął Kowalski. -Ja nic nie wiem… Nie wiem nawet, czy mogę panu ufać.

– Wie pan dostatecznie dużo.

Kowalski podszedł do Klossa. Stali teraz naprzeciwko siebie obaj bardzo czujni i napięci.

– Nie mogę tego zrobić – powiedział lekarz. – Musi pan znaleźć inne wyjście.

– Jakie? Pan jest naiwny albo…

– Albo co?

– Nie mogę wykluczyć, że jest pan agentem Abwehry, kryptonim M-18.

Teraz wszystkie karty zostały rzucone. Jak zareaguje Kowalski? Lekarz roześmiał się.

– W szpitalu działa agent niemiecki.

– I pan sądzi, że to mógłbym być ja? – zapytał lekarz.

11

Major von Rhode nie próżnował. Dwukrotnie już rozmawiał z Berlinem obiecując, że w ciągu paru godzin odnajdzie Krucka. Wiedział, że stawką w tej sprawie jest jego kariera. Kazał obstawić miasto. Agenci Abwehry i gestapo przeszukiwali sąsiednie wsie. Specjalne oddziały SS rozpocząć miały nad ranem przetrząsanie okolicznych lasów. Rhode dwoił się i troił, ale z każdą godziną tracił nadzieję. Wiedział, że w tej rozgrywce czas decyduje o wszystkim. Na polu walki nie znaleziono Krucka, Kruck musiał być jeszcze gdzieś w pobliżu. Wyniki akcji były jednak mizerne. Dopiero późnym wieczorem patrol żandarmerii zatrzymał na drodze z Bo-rzentowa do leśniczówki chłopa jadącego pustą furą wymoszczoną sianem. Na sianie odkryto plamy krwi. Rho-de postanowił sam przesłuchać tego wieśniaka. Był to starszy mężczyzna., bardzo przestraszony; powtarzał w kółko to samo, że jak co tydzień przyjeżdżał do miasta, że był w miejscowej knajpie, że jak zobaczył panów żandarmów, zląkł się i zaczął uciekać. Ale on nic nie wie, on nic złego nie zrobił, panowie mogą spytać miejscowego posterunkowego, że był zawsze w porządku i na czas oddawał kontyngenty.

– Nie udawaj durnia! – ryczał SS-man, któremu von Rhode zezwolił na zastosowanie metod zmuszających -to był najlepszy specjalista miejscowej SD – do mówienia. On sam me lubił tych metod i nie uczestniczył w takich przesłuchaniach, korzystał tylko z rezultatów.

Czekał cierpliwie, po godzinie kazał wezwał specjalistę z SD.

– Powiedział? – zapytał.

– Niewiele. Potem już tylko bredził. Oświadczył, że znalazł kogoś na drodze, tak przynajmniej wynikało z tych bredzeń, i zawiózł do szpitala.

– Kogo?

– Nie wiem – powiedział specjalista z SD. – Nawet ten szpital to mój domysł, bo to były raczej zbitki słów i sylab. Pan wie, jak oni mówią.

– Pytajcie go dalej.

Specjalista z SD uśmiechnął się:

– Pan major wybaczy – powiedział. – Pan major chyba rozumie, że już nigdy o nic go nie zapytamy.

Rhode chciał wyjaśnić temu młodziakowi w czarnym mundurze, co myśli o jego metodach, ale spojrzał na twarz człowieka z SD i zrezygnował.

– Sam osobiście sprawdzę w szpitalu – powiedział tylko. – Sam osobiście sprawdzę.

12

Co robić teraz? Trzeba przynajmniej dwóch dni czasu, żeby nawiązać kontakt z lasem i wywieźć Ewę ze szpitala. A Kruck? Czy powinien zastrzelić Kruc-ka, zastrzelić leżącego w łóżku chorego człowieka? Może istnieje jakaś szansa odtransportowania go również do lasu? Tak, taka szansa mogłaby istnieć, gdyby wiedział na pewno, kto jest agentem Rhodego. Ale on się ciągle tylko domyśla. Ani cienia dowodu, nic poza własną wersją wydarzeń. Czy można wierzyć Kowalskiemu? Znowu to samo pytanie. Musi wierzyć, bo w przeciwnym wypadku nie ma właściwie żadnej szansy. Wszyscy pozostali kłamią, każdego można chwycić na kłamstwie i nie wolno wyciągać z tego żadnych wniosków. Krystyna twierdziła, że bezpośrednio przed strzałem przygotowywała zastrzyk dla Ewy. Ale okazało się, że Ewa otrzymała zastrzyk znacznie wcześniej, więc i w tej sprawie Krystyna nie chciała mówić prawdy, i może właśnie dlatego…

Kloss krążył po dyżurce i nie mógł ciągle podjąć żadnej decyzji. Brakowało mu jeszcze jednego ogniwa, musiał wiedzieć, czy M-18 zdołał zawiadomić Rhodego…

Wtedy właśnie w dyżurce szpitala pojawił się jego or-dynans, Kurt. Stał na baczność na progu, z taką samą obojętną gębą jak zwykle, gdy pojawiał się w jego pokoju.

– Melduję posłusznie panie oberleutnant, że byłem przesłuchiwany przez majora von Rhode.

51
{"b":"89354","o":1}