ЛитМир - Электронная Библиотека
A
A

Kloss podszedł do niego i długo, w milczeniu przyglądał się temu chłopcu, którego znał od roku, wybawiwszy go przedtem z nielichych tarapatów.

– Chodziło o dziewczynę – powiedział Kurt.

– Co powiedziałeś?

– Dlaczego pan oberleutnant pyta? To, co trzeba, panie oberleutnant… A potem przyprowadzili do sztabu jakiegoś chłopa, którego złapali z furmanką. Sam go widziałem.

– Dziękuję, Kurt. Możesz iść, Kurt.

– Nie przydam się?

– Nie – powiedział Kloss. – Tu się już nie przydasz.

Usiłował rozważać sytuację chłodno i trzeźwo. Co mógł zeznać chłop, który znalazł Krucka pod lasem? Tylko tyle, że przywiózł jakiegoś mężczyznę z pola walki. A może na furmance pozostał jakiś ślad? To także trzeba wziąć pod uwagę. Rhode może podejrzewać, że to właśnie Kruck jest w szpitalu. Czekał na meldunek od M- 18, a nie otrzymawszy go, powinien zjawić się wkrótce tutaj. Jak on, Kloss, uzasadni swoją obecność w szpitalu? Rhode każe przeszukać salę, znajdą Ewę, znajdą Krucka, reszta jest oczywista… Bronić się w szpitalu? Nonsens!

Kloss pomyślał, że to chyba koniec… Parę lat trudnej roboty… Oczywiście żywego go nie wezmą. Wsadził rękę do kieszeni, ampułka leżała na swoim miejscu. Zapasową miał w portfelu… Dać ją Ewie? Powinien dać ją Ewie, bo dziewczyna nie ma już żadnej szansy.

Kloss nie należał do ludzi, którzy łatwo rezygnują. Jeśli istnieje jakakolwiek szansa, jedna na sto, na tysiąc nawet, musi ją sprawdzić… Powiedzmy, że ma jeszcze dziesięć minut czasu… Dziesięć minut to bardzo dużo. Kowalski nie chciał zlikwidować Krucka, ale nie pozostaje nic innego jak zaufać temu lekarzowi… Ostatecznie M-18 jest jeden, reszta pracowników szpitala to porządni ludzie. Klossowi nie wolno się demaskować, ale czasami istnieje tylko jedno wyjście: gra w otwarte karty…

Kowalski był u Ewy. Siedział obok niej na łóżku i zmieniał opatrunek. Ewa uśmiechnęła się blado na widok Klossa.

– Za chwilę będą tu Niemcy – powiedział Kloss siadając obok lekarza. Wyjął z wewnętrznej kieszeni munduru portfel i podał Ewie maleńką ampułkę. – Połkniesz to w ostatniej chwili. Pamiętaj… w ostatniej chwili…

Kowalski patrzył na nich szeroko otwartymi oczyma.

– W stosunku do siebie nie mamy takich skrupułów -powiedział Kloss. – Pański pacjent, Kruck, przeżyje…

Na twarzy lekarza malowała się niepewność. Wstał, potem wyprostował się jak żołnierz.

– Jestem do pana dyspozycji – powiedział. – Może mi pan wierzyć.

– Obawiam się, że to już za późno – oświadczył Kloss.

– Nic nie wiedziałem! – wybuchnął nagle Kowalski. -Ostatecznie nic pan nie powiedział. Do ostatniej chwili nie byłem pewien, czy to nie jest prowokacja.

– Teraz to już nie ma znaczenia. Jeśli zginiemy, a panu uda się przeżyć, opowie pan po wojnie o spotkaniu z porucznikiem Klossem i Ewą Wodnicką, tak brzmi jej prawdziwe nazwisko. To wszystko.

– Nic już nie możemy zrobić?

Kloss czekał na to pytanie. Wiedział, jak trudno czasem skłonić ludzi do podjęcia najwyższego ryzyka. Jeśli nie mylił się w ocenie Kowalskiego, mógł już na niego liczyć.

– Możemy próbować – powiedział powoli. Spojrzał na zegarek. – Do kogo ze swoich pracowników ma pan najwięcej zaufania?

– Do Klary – rzekł bez wahania Kowalski. I potem dodał: – Ona jest w konspiracji. – Znowu wybuchnął: -Powinien pan mi zaufać od pierwszej chwili…

– Nie mogłem. Czy sądzi pan, że któreś z nich, Sto-kowski albo Krystyna, pracuje dla Niemców?

– Stanowczo nie. Stokowski pochodzi z Warszawy, jego rodzice zostali aresztowani, a on zmienił nazwisko. To tchórz, ale uczciwy chłopak. Bał się Welmarza, bo Welmarz coś o nim wiedział.

– Kto, pana zdaniem, zabił Welmarza?

– Nie wiem – Kowalski wzruszył ramionami. – Czy to teraz ważne?

– Najważniejsze. – Kloss spacerował dużymi krokami po pokoju. – Jeśli pan tego nie zrobił, istnieje tylko jedna możliwość. A ta możliwość jest dla nas pomyślna…

– Kto?

– Wolałbym tego nie mówić. Wolałbym nigdy nie powiedzieć. – Kloss usiadł znowu obok Ewy i głaskał jej dłonie. – Mam zupełnie szaleńczy pomysł, doktorze… Wariacki pomysł… Istnieje niewielka szansa powodzenia, ale jeśli Rhode da się przekonać… Czy stać pana na ryzyko?

– Stać mnie na ryzyko -w głosie Kowalskiego brzmiała stanowczość.

– Oceniam realistycznie możliwości. Rhode jest niebezpiecznym przeciwnikiem. To inteligentny oficer, nie da się łatwo wyprowadzić w pole… Ogromną rolę gra także przypadek. – Kloss wyjaśniał, a oni słuchali z ogromnym napięciem. – Mamy sporo roboty – mówił – a bardzo niewiele czasu. Musi pan wykorzystać także Stokowskiego…

– A Krystynę?

– Nie, Krystyny proszę nie wytajemniczać. I proszę pamiętać: jeśli się nie uda, będę strzelał. Będę się bronił… Wtedy dla was istnieje tylko jedna możliwość: ucieczka. Oczywiście, jeśli zdążycie uciec, jeśli Rhode nie obstawi przedtem szpitala…

– Ma pan jeszcze do mnie pretensje o Krucka? – zapytał nagle Kowalski.

– Nie, nie mam pretensji – powiedział Kloss. -Jesteśmy z innej gliny, być może miał pan rację. Teraz proszę zawołać Klarę.

Młoda dziewczyna była rzetelnie zdziwiona, gdy zobaczyła ich we trójkę w separatce Ewy: Kowalskiego spacerującego po pokoju i Klossa głaszczącego czule ręce dziewczyny.

– Klaro – powiedział doktor Kowalski – musisz nam pomóc.

Nie rozumiała.

– Musisz m i pomóc – powtórzył. Kloss wstał.

– Panno Klaro – oświadczył: – Jestem oficerem polskiego wywiadu. Będzie pani musiała zagrać rolę mojej kochanki i będzie pani musiała tę rolę zagrać dobrze…

13

Przestawiali łóżka i wynosili chorych. Robili to szybko i sprawnie, a Klara co chwila wybiegała na dziedziniec i wpatrywała się w ciemność. Gdy krzyknęła: jadą! – byli właściwie już gotowi. Przy stole w dyżurce siedział Kloss, bawiąc się pistoletem, przed nim stał doktor Kowalski, Klara siedziała na małym krzesełku pod oknem. Warkot motorów świdrował im w uszach, potem umilkł nagle. W korytarzu rozległy się ciężkie kroki, na progu stał major von Rhode. Jednym spojrzeniem ogarnął dyżurkę. Na widok Klossa coś niby uśmiech, niby skrzywienie pojawiło się na jego twarzy.

– Panie majorze – wstał Kloss – melduje się oberleut-nant Kloss…

– Ach tak… – Rhode przesunął kaburę na brzuch. -Był pan szybszy, co?

– Dziękuję za pochwałę… – powiedział Kloss.

– Pochwałę! Wszyscy precz – powiedział cicho. – Czekać w korytarzu.

Zostali sami: Rhode i Kloss.

– Nooo, Kloss – von Rhode patrzył na pistolet swego oficera – proszę schować broń.

– Tak jest, panie majorze – Kloss był uosobieniem dyscypliny. – Pan pozwoli zameldować, panie majorze…

– Proszę odpowiadać na pytania! Skąd pan się wziął w szpitalu?

Kloss zesztywniał. W jego głosie pojawiły się ostre tony.

– Pan jest moim zwierzchnikiem, majorze… ale nikomu nie pozwolę… – Wiedział, że najlepiej działa krzyk. Ci ludzie przywykli do krzyku.

– Powiedziałem panu, że szpital należy do mnie… -von Rhode odpiął kaburę. – Pan rozumie, Kloss, co to znaczy?

– Pan mi nie pozwala mówić, panie majorze.

– Proszę. Tylko szybko…

– Dzisiaj po południu – teraz Kloss starał się być spokojny i rzeczowy – zastał mnie pan z dziewczyną. Ta dziewczyna pracuje tutaj, w tym szpitalu…

– Ach tak…

Czy Rhode uwierzy? Czy istnieje szansa, żeby uwierzył?

– Po rozmowie z panem – ciągnął Kloss – wróciłem do domu. Czekała na mnie Klara, to znaczy właśnie moja dziewczyna. Zameldowała, że w szpitalu popełniono morderstwo…

– Co?

– Tak, morderstwo! Przybiegłem oczywiście tutaj. Chciałem panu zameldować telefonicznie, ale ktoś przeciął druty – Kloss wskazał telefon. – Uznałem, że lepiej będzie, jeśli pozostanę w szpitalu…

Rhode milczał. Kloss czuł na sobie jego wzrok, był to wzrok czujny i uważny. Kloss rozumiał, że nie wolno mu popełnić najdrobniejszego błędu,

– Kogo zamordowano? – zapytał.

– Pańskiego agenta – powiedział Kloss. Twarz Rhodego spurpurowiała.

– Welmarza? Skąd pan wie, że był moim agentem?

– Bo agent zameldowałby się u mnie, gdy przybyłem do szpitala. Ponieważ nikt się nie zameldował…

– Kto go zabił?

– Przesłuchuję pracowników.

– Ach, przesłuchuje pan… Już ja się tym zajmę… -Otworzył drzwi na korytarz. – Lekarz! – zawołał. Kowalski wszedł do dyżurki.

– Dzisiaj wieczorem – mówił powoli Rhode – przywieziono do szpitala człowieka ze wsi. Przywieziono?

– Tak – powiedział spokojnie Kowalski.

– Gdzie on jest? – krzyknął Rhode.

– Umarł. – W głosie Kowalskiego nie było cienia wahania. – Szok, w rezultacie atak serca. Jutro rano zameldowałbym o tym władzom.

– Chcę go zobaczyć.

– Proszę. Nie odniesiono go jeszcze do kostnicy. Rhode skierował się ku drzwiom. Stanął w progu.

– Ile osób pracuje w szpitalu?

– Trzy siostry – oświadczył Kowalski – sanitariusz i felczer. Sanitariusz nie żyje.

– Wiem, że nie żyje, do diabła… – elegancki major von Rhode tracił jednak panowanie nad sobą. Otworzył drzwi: – Przetrząsnąć ten kurnik! – rozkazał.

Zbliżał się moment krytyczny. Żandarmi wpadli do sal, pochylali się nad chorymi. W trójce leżał na łóżku starszy mężczyzna.

– Umarł przed trzydziestoma minutami – powiedział Kowalski. -Jego właśnie przywieziono ze wsi. Można by powiedzieć, że umarł ze strachu. Znaleziono go na terenie walki. Tak przynajmniej powiedział mi ten wieśniak.

Rhode pochylił się nad ciałem.

– To nie jest von Kruck – stwierdził.

– A pan sądził – zdumiał się Kloss – że znajdzie pan tu Krucka?

Rhode nie odpowiedział. Ciężkim krokiem wyszedł na korytarz. Otworzył drzwi piątki i zobaczył siedzącą nad łóżkiem chorej siostrę w narzuconym na plecy białym fartuchu. Kloss wsadził rękę do kieszeni i poczuł pod palcami zimny metal. Jeśli Rhode spostrzeże, że „siostra" ma rękę na temblaku, Kloss będzie strzelał. A potem niech się dzieje, co chce… Rhode stał chwilę na progu, wreszcie zatrzasnął drzwi… Zajrzał jeszcze do kostnicy… dwa ciała leżały na noszach, przykryte białymi prześcieradłami.

52
{"b":"89354","o":1}
ЛитМир: бестселлеры месяца
Падчерица (не) для меня
K-POP. Живые выступления, фанаты, айдолы и мультимедиа
Айшет. Магия чувств
Женщины созданы, чтобы их…
Квест Академия
Прекрасный подонок
О, мой босс!
Е2. Девять способов изменить жизнь силой мысли
Как научиться учиться