ЛитМир - Электронная Библиотека
A
A

Nie przeprowadził nawet wstępnego rozpoznania. Nie wiedział, czy panna Kield mieszka sama; zakładał, że tak… Schultz by powiedział, gdyby miała kogokolwiek. Na drzwiach wisiała jeszcze wizytówka: Heinz Koetl. „Zginął w Polsce" – oświadczył Schultz. Przed paroma miesiącami. Przed paroma miesiącami Ingrid zdradziła. Czy istnieje związek między tymi dwoma faktami? Nawet jeśli istnieje, nie ma to już żadnego znaczenia. Kloss nie zamierzał zajmować się psychologią; zamierzał zabić.

Nacisnął dzwonek. Długo trwała cisza, wreszcie usłyszał kroki, szczęknął zamek. Kloss odbezpieczył broń, za chwilę wyszarpnie ją z kieszeni. Zdecydował: strzeli nie wchodząc do mieszkania. Na progu stała starsza kobieta w szlafroku i czepku nocnym. Głos miała ostry, niemal męski.

– Pan do kogo? – zapytała.

Tego się nie spodziewał. Z trudem odzyskiwał panowanie nad sobą, milczał.

– To pewno do mnie, Frau Schuster – usłyszał głos Ingrid. Była jeszcze w tej samej ciemnej sukience, w której widział ją w lokalu. Frau Schuster mruknąła coś niezrozumiałego i odstąpiła od drzwi. Pozostała jednak w korytarzyku i Kloss czuł na sobie jej spojrzenie uważne i niechętne.

– To pan – powiedziała Ingrid – pan jest jednak zbyt śmiały. – W jej głosie nie było gniewu, raczej rozbawienie zaprawione satysfakcją.

Kloss zaczął mówić, szybko i niezręcznie. Że musiał ją jeszcze zobaczyć, że bardzo tego pragnął.

– Pan się pomylił – przerwała zdecydowanie. – Umówiliśmy się jutro pod kinem, choć właściwie powinnam się gniewać i łatwo nie wybaczyć… – Skinęła mu głową, nie podając ręki.

W bramie stał dozorca i obejrzał Kloss a uważnie. Porucznik pomyślał, że gdyby zastrzelił Ingrid, gdyby się udało, ten człowiek podałby w gestapo jego dokładny rysopis. Źle przygotowana akcja musi prowadzić do katastrofy- ta elementarna zasada konspiracji sprawdza się niemal zawsze.

Zadanie stawało się jednak coraz trudniejsze; ta jakaś Frau Schuster, zapewne gospodyni albo krewna Heinza Koetla, będzie na pewno wiedziała o jutrzejszej randce Klossa z Ingrid. Co powinien zrobić? Musi obmyśleć plan, który by go stawiał poza podejrzeniami. Nic nie przychodziło mu do głowy… Szedł powoli Albertstrasse, potem znalazł się na szerokiej ulicy wysadzanej drzewami.

Z wyciem syreny przeleciał samochód policyjny. Kloss zobaczył gmach odgrodzony od chodnika żelazną kratą. Przed bramą stał wartownik w mundurze SS. Znał ten budynek. Tu mieściła się berlińska Geheimstadtpolizei. Kloss pamiętał nazwiska i twarze wielu ludzi pracujących w tym gmachu, widywał ich czasem na odprawach u komandora.

Hauptsturmfuehrer Mueller… Zapewne właśnie on organizuje akcje, w których bierze udział Ingrid Kield. Zaufany Kaltenbrunnera, chłodny i okrutny, stary pracownik kontrwywiadu o dużym doświadczeniu. Błędem byłoby niedocenienie takiego przeciwnika. Kloss wiele dałby za to, żeby ustalić, co wie i zamierza hauptsturmfuehrer Mueller. W berlińskim gestapo nie mieli jednak nikogo; była kiedyś Elzie, pamiętał ją, młoda blondynka o piegowatej twarzy. Współpracowała z Arnoldem. Połknęła cyjanek, gdy Mueller znalazł w jej torebce odpisy tajnych dokumentów.

Tak. Kloss miał z tym gestapowcem własne rozrachunki. Minął wartownika i spojrzał w ciemne, zakratowane okna. W gestapo urzęduje się nocą; hauptsturmfuehrer zapewne jeszcze pracuje.

3

Ingrid Kield nie przyszła. Czekał przed kinem „Roma" pół godziny. Od wpół do siódmej do siódmej wieczorem. Stanął w kolejce do kasy, potem zrezygnował. Spacerował przed wejściem, paląc jednego papierosa po drugim. Przez cały dzień trwała odprawa u komandora, nie udało mu się nawet zadzwonić do Ingrid, sprawdzić, czy jest w domu i czy nie zmieniła planów. Teraz pozostało mu parę godzin, a jeśli ona jest już pod opieką gestapo, nic nie zdoła zrobić… „Pamiętaj, że łączniczka z Paryża przyjeżdża o drugiej nad ranem"-powtarzał Arnold. Tylko Kloss mógł uratować tę kobietę. A Ingrid nie przyszła. Ulica przed kinem opustoszała, zamknięto drzwi, rozpoczął się seans. Kloss cisnął niedopałek na chodnik i ruszył w kierunku Albertstrasse. Pięć minut drogi, mieszkanie Ingrid znajdowało się niedaleko kina.

Wbiegł na schody, zadzwonił do drzwi; otworzyła mu znowu Frau Schuster.

– To pan! – powiedziała z ogromnym zdziwieniem. – A gdzie Ingrid?

– Właśnie o to chciałem zapytać! – zawołał.

– Wyszła przed wpół do siódmej. Powiedziała, ze idzie do „Romy", bo umówiła się tam z panem.

– Nie przyszła.

– Może zmieniła zdanie – powiedziała Frau Schuster z odrobiną satysfakcji, ale natychmiast na jej twarzy pojawił się wyraz niepokoju. – Ingrid nigdy się nie spóźnia – szepnęła.

– Chciałbym wiedzieć, dokąd właściwie poszła.

– I ja chciałabym wiedzieć! – wybuchnęła. – A tłumaczyłam jak komu dobremu! Nie przyszła, to nie przyszła – mówiła dalej. – Niech pan jej nie zawraca głowy, niech pan ją zostawi w spokoju.

Tyle tylko uzyskał. Może poszła do teatru, może włóczy się z Bertą po mieście, może hauptsturmfuehrer Mueller zdecydował, że przed akcją najbezpieczniejsza będzie jednak w gestapo. „Łączniczka z Paryża, przyjedzie o drugiej nad ranem…". Co pozostało jeszcze do zrobienia? Nie pójdzie przecież do gmachu Geheimstadt-polizei i nie zastrzeli panny Kield w gabinecie Muellera.

Wyszedł na ulicę. W bramie stał znowu dozorca i starannie czyścił fajkę; tym razem nie spojrzał nawet na Klossa.

– Nie zauważył pan przypadkiem – zapytał porucznik

– w którym kierunku poszła panna Kield, ta szwedzka śpiewaczka spod czterdziestki szóstki?

Dozorca milczał sporą chwilę; wziął papierosa, którym go Kloss poczęstował, i schował fajkę do kieszeni.

– A widziałem, widziałem – powiedział. – W kierunku Bismarckstrasse. Ale niedaleko uszła, bo podjechał czarny mercedes, wyskoczyli dwaj panowie i zaprosili panienkę do środka.

– Byli w mundurach? Dozorca spojrzał podejrzliwie.

– Nie, panie poruczniku, po cywilnemu.

– Panna Kield czekała na samochód? – Pytanie było zbyteczne; dozorca wzruszył tylko ramionami i oświadczył, że on przecież nic nie wie.

Kloss nie miał już wątpliwości: gestapo! Mueller chce mieć pewność, nie należy do ludzi lubiących ryzyko. Ingrid Kield stała się nieosiągalna, rozkaz nie został wykonany. Kloss nie zamierzał jednak zrezygnować: łączniczka musi być uratowana, trzeba znaleźć jakiś sposób.

To samo powtórzył Arnoldowi, gdy po kilkunastu minutach wszedł do jego mieszkania. Stary był niespokojny: kuśtykał po pokoju, otwierał szuflady i oglądał jakieś papierki.

– Patrzę, czy nie ma nic podejrzanego – oświadczył. -Co wieczór przeglądam teraz swoje rzeczy. Radiostacji i tak nie znajdą, a jeśli znajdą… – machnął ręką.

Kloss usiadł na łóżku.

– Twoje zdanie? – zapytał. Arnold wzruszył ramionami.

– Centrala powtórzyła dzisiaj rozkaz.

– Masz rysopis łączniczki?

– Nie zażądałem – oświadczył Arnold.

– Zażądaj natychmiast.

– Mogę nadawać najwcześniej o czwartej nad ranem.

– Za późno. Co zrobimy?

– Napijesz się herbaty? Oczywiście ersatz – zapytał Arnold. – Mogę cię jeszcze poczęstować plackami kartoflanymi. Nic więcej nie mam.

– Co zrobimy? – powtórzył Kloss. Arnold milczał.

– Kield przybędzie na dworzec w towarzystwie gestapowców – rozważał porucznik. – Mogę strzelać do niej albo w hali dworcowej, albo na schodach prowadzących na peron.

– Szaleństwo.

– Istnieją pewne niewielkie szansę ucieczki. Zjawię się po cywilnemu, strzelać będę z bliska, na pewniaka.

– Centrala nie zaakceptowałaby tego planu.

– Kield musi był zlikwidowana – powiedział Kloss twardo. – Chodzi nie tylko o życie łączniczki i o dokumenty, które wiezie. Sam rozumiesz…

Arnold rzucał placki na patelnię. Czynił to zręcznie i bardzo szybko. Postawił na stole puszkę z marmoladą.

– Lubię placki kartoflane na słodko – oświadczył. -W ogóle bardzo lubię słodycze, tylko nie mogę na nie marnować kuponów. Kloss wstał.

– Co zamierzasz? – zaniepokoił się stary.

– To, co ci powiedziałem. Nie widzę innego wyjścia. Gdybym miał pewność, że Ingrid przed drugą wróci jeszcze do domu…

– Wtedy? – Arnold już jadł. Bardzo żarłocznie. Pakował placki do ust palcami.

– Mam kilka dobrze przygotowanych zabawek z plastyku – stwierdził porucznik spokojnie. – Zostawiłbym w mieszkaniu Ingrid, nastawiając bombę na określoną godzinę. Traktowałem to jako ostateczność, od początku, bo żal mi było tej Frau Schuster, ale teraz…

– Zawsze byłeś sentymentalny – stwierdził Arnold.

Zbliżała się już dziesiąta, gdy Kloss zjawił się znowu w dzielnicy Charlottenburg. Wchodząc do lokalu „Pod Złotym Smokiem" zostawił w szatni płaszcz i niewielką, ale dość ciężką teczkę. Przyszedł tutaj, bo istniała jednak szansa, że zastanie Ingrid (Mueller mógł ją przecież zaprosić na kolację; nie ryzykował nawet dekonspiracji, bo panna Kield przestawała i poprzednio z wysokimi funkcjonariuszami SD) albo Bertę i Schultza, którzy mogli coś wiedzieć. Ingrid na pewno zechce się pożegnać z Bertą, jeśli tego jeszcze nie uczyniła. Na sali było tłoczno; ta sama śpiewaczka, to samo tango i oficerowie Wehrmachtu w swoich urlopowych, galowych mundurach. Od razu zobaczył Schultza; siedział samotnie przy tym samym stoliku, co wczoraj.

– Jesteś sam? – zapytał, gdy Kloss podszedł do niego.

– Sam.

– A Ingrid? – W jego głosie dźwięczała nie ukrywana ironia.

– Szukam jej – powiedział Kloss. – Nie wiesz, co mogło się z nią stać?

– Siadaj i pij. Ten koniak jest całkiem niezły i dają go tylko po znajomości. Było tu gestapo, mój drogi. Bardzo im jesteś potrzebny. Fritz Schabe, prawa ręka naszego znakomitego hauptsturmruehrera Muellera, usilnie cię poszukiwał.

Kloss sięgnął po kieliszek. Posiadał już w stopniu doskonałym sztukę panowania nad twarzą. Schultz, który obserwował go bacznie, nie dojrzał ani cienia niepokoju.

– Mnie? – powiedział porucznik obojętnie. – Czego chcą, u diabła?

– Chcieliby wiedzieć, co się stało z panną Ingrid Kield – oświadczył kapitan tym samym tonem. – I zapewne sądzą, że masz coś do powiedzenia na ten temat.

65
{"b":"89354","o":1}