ЛитМир - Электронная Библиотека
A
A

– Tak – skłamał Kloss. – Potwornie tu nudno. Nie wiesz, gdzie w Saint Gille można się dobrze zabawić?

– To zależy od poziomu zabawy – odparł Vormann. -Jest, jak wiesz, bilard, chętnie służę towarzystwem. Myślę jednak, że przedtem powinniśmy porozmawiać.

– O czym? – zdziwił się Kloss.

– Sądziłem, że powinniśmy skończyć naszą rozmowę.

– Wybacz, ale zupełnie nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy, zdaje się, że o grze w bilard.

– Słuchaj, Hans – spochmurniał – nie należę do ludzi lubiących żarty. Prawdę mówiąc: nie znam się na żartach. Wydaje mi się, że dziś rano powiedzieliśmy sobie dostatecznie dużo.

– O czym ty mówisz?

– O placu Pigalle, gdzie sprzedają najlepsze kasztany.

– Racja. – Kloss jakby sobie coś przypomniał. – Rano też plotłeś o jakichś kasztanach – roześmiał się.

– Wybrałeś złą taktykę – Vormann powoli sączył koniak. – Dziś rano podałeś bezbłędnie odzew. Sądzę, że pułkownika Elerta niezwykle zainteresowałby fakt, że znalazł się nareszcie ktoś, kto zna to hasło.

– Ty także już dzisiaj piłeś -powiedział Kloss bezczelnie. Poczuł przypływ pewności siebie. Ze słów von Vormanna wynikało, że nie zawiadomił jeszcze Elerta, a więc nie wszystko stracone.

– Rozumiem. – Vormann znów wypił łyczek. – Nie uważaj mnie za durnia. Ktoś cię ostrzegł, tak? -Nie oczekiwał potwierdzenia ani zaprzeczenia. – Hasło znaliśmy tylko my dwaj: Elert i ja. Przesłuchaliśmy człowieka, który powtórzył je mnie zamiast tobie. Wyrażam się jasno?

– Powiedzmy.

– Od paru tygodni oczekuję kogoś, kto zna odzew. Zjawiłeś się, Kloss. Możesz pomyśleć, że Elert tak bez niczego, bez żadnych dowodów mi nie uwierzy – wysączył resztę kieliszka. – Powiedzmy, że masz rację, ale nawet gdyby nie uwierzył, twoja kariera jest skończona.

– A jednak nie zameldowałeś Elertowi.

– Jak sądzisz, dlaczego? Nie spieszy mi się. Mamy trochę czasu, Hans. Trochę, to nie znaczy tak wiele, byś ty nie musiał się pospieszyć.

– Z czym pospieszyć?

– Wyobraźmy sobie, że nie mam ochoty meldować Elertowi. Wyobraźmy sobie, że nie mam ochoty ci przeszkadzać. A może – Erik von Vormann ściszył głos -może nie wierzę w zwycięstwo Rzeszy hitlerów, elertów i podobnej hołoty, może byłbym gotów pracować z tobą przeciwko nim?

– Oczywiście me darmo, co, Vormann?

– Von Vormann, jeśli łaska. Dla kogo pracujesz? Rozumiesz chyba, że jeśli skłonny byłbym współpracować z Anglosasami, to sprawa przedstawiałaby się całkiem inaczej, gdyby twoimi mocodawcami byli bolszewicy.

– Sojusznicy przecież – powiedział Kloss. Nie mógł ciągle zrozumieć, ku czemu zmierza von Vormann.

– Phi! – prychnął tamten – na razie sojusznicy. A więc po pierwsze: chcę wiedzieć, dla kogo, po drugie: z kim tu na miejscu, a po trzecie – zawiesił głos – o trzecim punkcie porozmawiamy za chwilę.

– Zachowujesz się, jakbyś wczoraj zaczął pracować w Abwehrze. Czy sądzisz, że powiem ci cokolwiek?

– Nie masz innego wyjścia.

– Mógłbym poszukać.

– Uciec, rzucić wszystko w diabły? Nie wyglądasz na człowieka, który rezygnuje w pół drogi. Poza tym twoi mocodawcy nie byliby zadowoleni, gdybyś zamilkł teraz, kiedy możesz być najpotrzebniejszy. Inwazja jest kwestią miesięcy, a może tygodni.

– Więc już sobie odpowiedziałeś na swoje pytanie. Jesteś przekonany, że pracuję dla Anglików.

– A dla kogóż innego mógłbyś pracować? -uśmiechnął się. Nalał koniaku do kieliszków. – Przejdźmy zatem do trzeciego punktu, mój drogi. Nasz rodzinny majątek pod Insterburgen wymaga sporych inwestycji. W interesach Niemiec leży, by w majątkach von Vormannów działo się dobrze. Potrzebuję dziesięciu tysięcy dolarów. Na razie. Nazwijmy to pierwszą ratą.

– A więc po prostu szantaż?

– Brzydkie słowo, Hans. Von Vormannowie nigdy nie brudzili sobie rąk szantażem. To honorarium. Ty przecież też nie pracujesz za darmo? Myślę, że mogę się przydać w tym samym stopniu, co ty.

– Drogo się cenisz.

– Także ciebie drogo cenię. Sądzisz, że nie jesteś wart tyle?

– Nie do mnie należy odpowiedź.

– Daję ci na to trochę czasu, tydzień, no, powiedzmy, dziesięć dni. Tyle musi ci starczyć na zdobycie pieniędzy. Wtedy prozmawiamy o reszcie.

– A jeśli nie dostaniesz pieniędzy?

– No cóż, wtedy nie pozostałoby mi nic innego, jak poinformować o wszystkim Elerta. Ale zapewniam cię, że to ostateczność. Zrobiłbym to z prawdziwym żalem i niesmakiem. Twoje zdrowie, Hans -podniósł kieliszek. – Aha, jeszcze jedno. Na wypadek, gdybyś chciał mnie zlikwidować, no, gdyby na przykład przejechał mnie jakiś samochód albo zastrzelili mnie francuscy partyzanci, postanowiłem się zabezpieczyć. Sporządziłem dokładną relację z naszej rozmowy i oddałem w pewne ręce. A teraz wypijmy za naszą przyszłą współpracę. Nie pijesz? Trudno, wypiję sam. Teraz mogę ci odpowiedzieć na pytanie, którym zacząłeś naszą rozmowę. Pytałeś, gdzie się można zabawić w Saint Gille. Radzę pójść do pensjonatu

„Le Trou". Chodzą tam wszyscy nasi oficerowie, ja się tam także wybieram. Powiem ci jeszcze, że człowiek, który tak nieostrożnie przyszedł do mnie z hasłem, znał tamto miejsce. Ale bądź ostrożny. Pensjonat „Le Trou" znany jest także pułkownikowi Elertowi.

Kloss wolno popijał koniak. Przyglądał się chudym, kościstym palcom von Vormanna, bębniącym po marmurowym blacie stolika.

– Chyba skorzystam z twojej rady – powiedział. Potem postanowił zrobić przyjemność Vormannowi. -Jesteś niebezpiecznym przeciwnikiem, Erik. Chyba masz rację. Nie mam innego wyjścia, jak pójść z tobą na ugodę. A jeśli idzie o sumę…

Von Vormann przerwał mu w pół słowa:

– Nie próbuj się ze mną targować, mój drogi. -Wstał. -Musisz przemyśleć całą sprawę, więc zostawiam cię samego. – Sztywno, po prusku skłonił głowę. – Zegnam cię, Hans. Mam nadzieję, że jutro zagrasz ze mną w bilard.

Został nareszcie sam. W kasynie panował hałas. Ktoś nastawił patefon. Pijani czołgiści w kącie ryczeli na całe gardło bawarskie piosenki. Przywołał kelnerkę, żeby jej zapłacić, ale okazało się, że elegancki von Vormann uprzedził go.

Wyszedł na ciemną ulicę, owiał go zimny wiatr. Padały duże, mokre płaty śniegu, które topniały, nim dotknęły

ziemi.

Otworzyła mu gruba służąca, wąsata jak huzar. Wzięła od niego płaszcz i czapkę i gestem wskazała oszklone drzwi, zza których chrypiał patefon. Gdy Kloss stanął w progu saloniku, nikt nie zwrócił na niego uwagi. Trzech kapitanów śmiało się z czegoś, co opowiadała im Jeanne Mole, jakiś sturmfuehrer SS usiłował rozpiąć suknię blondynce o wyzywającej urodzie, a leutnant Luftwaffe o dziecięcej twarzy, bez zarostu, tańczył samotnie fokstrota, obijając się co chwila o meble.

– O, jest ktoś nowy – zauważyła Jeanne i podeszła do Klossa z kieliszkiem. – Proszę, niech się pan przedstawi, nalewa sobie i siada. – Z trudem utrzymywała równowagę, była pijana.

Kloss podniósł jej rękę do ust.

– Mój przyjaciel – powiedział – radził mi, żebym złożył pani wizytę.

– To najweselsze miejsce w Saint Gille – ryknął młody lotnik wprost w ucho Klossa.

– Gdyby nie Jeanne – jeden z kapitanów z naszywkami sapera objął Klossa w przypływie pijackiej czułości -można by tu zdechnąć z nudów. Niech żyją słodkie francuskie kobiety, panowie!

Jeanne przysiadła się tymczasem do Klossa.

– Pan niedawno przyjechał, prawda? – szczebiotała. – Czy ma pan żonę? Żonę, której kupuje się francuskie perfumy i którą zdradza się we Francji? Perfumy dostanie pan u mnie, a jeśli chodzi o zdradę… – przytuliła się doń. – Zatańczymy?

Klossowi zakręciło się w głowie. Wypił już sporo tego wieczora, a tempo, w jakim opróżniano butelki w pensjonacie „Le Trou", przeraziło nawet jego. Zauważył, że zniknął gdzieś esesman z blondynką, a ich miejsce na kanapie zajął młody lotnik, który pochrapywał przez nos; jeden z kapitanów, zbliżywszy się do Klossa, tłumaczył mu, że on, jako nowo przybyły, ma szansę pozostania w pensjonacie do rana.

– Jest to coś w rodzaju chrztu w Saint Gille – śmiał się. – Każdy z nas przez to przeszedł z wyjątkiem tej małpy-wskazał łysego kapitana saperów, który klęczał teraz przed Jeanne i wołał: „Pani mi obiecała!"

Było dobrze po północy, kiedy zaczęli się rozchodzić.

– Nie chce pan zostać, oberleutnant? – przytuliła się do Klossa Jeanne.

Kapitan saperów spoglądał na Klossa z nienawiścią.

– Dlaczego on? Przecież miałem obiecane…

– Cierpliwości, kapitanie. Do widzenia, panowie, myślę, że zobaczymy się jutro.

Dopiero gdy trzasnęły za nimi drzwi, puściła ramię Klossa. W jednej chwili zniknęła jej cała, tak zdawałoby się szczera, wesołość.

– Tak będzie dobrze – powiedziała. – Niech cię uważają za mojego kochanka. – Ku zdumieniu Klossa była całkiem trzeźwa. – Daj mi papierosa. No co, pozbyłeś się już swoich wątpliwości? – A gdy skinął głową, wskazała schody. – Chodźmy, ktoś chce cię poznać.

Czarna, przepalona fajeczka, gęste, ciemne włosy nad niskim czołem. Tak, nie było wątpliwości. Henri, który spacerując po pokoju, czekał na nich na górze, był tym samym człowiekiem, którego rok temu zobaczył Kloss w małym pokoiku hotelu „Ideał" w Paryżu.

– Powiedzieli mi, że zostałeś deportowany – mocno uścisnął dłoń Francuza.

– To prawda – rzekł tamten. – Zwiałem z transportu. Teraz jestem tutaj. Zresztą także tylko chwilowo.

Wyjaśnił Klossowi całą rzecz. Kilka tygodni temu aresztowano w Saint Gille szefa tutejszego obwodu Ma-quis – Marka. Wpadł w najgłupszy sposób. Miał lewe, ale doskonałe papiery. Pragnąc się szybko dostać do Hawru, skorzystał z uprzejmości kierowcy przygodnej ciężarówki. Okazało się, że facet wiózł transport konserw ukradzionych z niemieckiego magazynu. Kierowcę i wszystkich pasażerów oczywiście zamknięto, ale Niemcy, widać, nie domyślają się, z kim mają do czynienia, bo w oczekiwaniu na rozprawę sądową trzymają Marka w tutejszym więzieniu. Marek wie bardzo dużo nie tylko o okręgu, ale także o kontaktach z wyspą, zna ponadto ludzi, którzy utrzymują łączność z naszą centralą poprzez filię szwajcarską. Dlatego centrala poleca za wszelką cenę odbić Marka z więzienia. Kiedy dostali cynk o przyjeździe Klossa, chcieli się z nim jak najszybciej skontaktować, ponieważ jego pomoc mogłaby się okazać nieodzowna przy przygotowywaniu akcji. Pech sprawił, że Jean Pierre poszedł z hasłem do von Vormanna, a potem przy próbie zaatakowania więzienia pozwolił się zabić.

78
{"b":"89354","o":1}