ЛитМир - Электронная Библиотека
A
A

Zdaje się, że rozumiem – pomyślał Kloss. I doszedł do wniosku, że pan nadradca będzie musiał jeszcze nieraz powrócić na tę polankę, a on, Kloss, powinien o tym wiedzieć. Osoba bowiem pana nadradcy wydała mu się teraz nader interesująca.

6

Tańczyli. Nic nie zostało mu darowane tego wieczoru. Gdy wracał ze swego leśnego spaceru i przechodząc przez hali zobaczył otwarte drzwi wypełnionej po brzegi sali dansingowej, nie przyszło mu nawet do głowy, że będzie za chwilę przytulał na parkiecie pannę Bösel. Tak się jednak stało. Czekała chyba na mego, bo gdy odbierał klucz od portiera, zobaczył ją przy sobie – miała szczególną zdolność zjawiania się niespodziewanie – w mocno wydekoltowanej sukni balowej. W niczym nie przypominała skromnej dziewczyny, która poprzedniego wieczoru szła ciemnymi ulicami miasteczka na Rybną 4. Głos miała łagodny i miękki, nie poznawał jej.

– Mam ogromną ochotę zatańczyć z tobą, Hans – powiedziała.

Spojrzał na swoje buty, potem na nią i zrezygnował ze słów, które już cisnęły się na usta.

Przytulała się do niego nawet zbyt ostentacyjnie. Tańczyła zresztą doskonale, wydawała się tkliwa i czuła, ale Kloss wiedział, że to jej wcielenie jest równe niebezpieczne, jak tamto sprzed paru godzin.

– Lubisz wieczorne spacery – szeptała, ale w jej głosie nie było drwiny. – Szkoda, że nie przyszło ci na myśl, by wziąć mnie ze sobą.

– Szkoda – burknął Kloss, zastanawiając się właśnie, o czym też mogła rozmawiać z Bołdtem. Boldt był zresztą także tutaj, dostrzegł go po paru chwilach, siedział samotnie przy stoliku i uśmiechał się do nich.

– O czym myślisz? – usłyszał głos Hanny.

– Że nie masz do mnie zaufania – odpowiedział natychmiast.

– Ach, ty znowu o tym! Jesteś niemożliwy… Nie lubię takich pamiętliwych mężczyzn… Czy nie rozumiesz?

– Czego?

– Ze mi się podobasz, Hans…

– Jako partner?

– Może jako przeciwnik – przez chwilę była to znowu tamta Hanna sprzed paru godzin.

– Nie przyszło ci na myśl – przeszedł do ataku – że wykonuję tylko rozkazy Langnera? – Brzmiało to dostatecznie dwuznacznie, a on przecież już dość długo nosił niemiecki mundur, by wiedzieć, że w tym świecie nikt nikomu nie ufa i wszyscy toczą nie kończące się podjazdowe wojny, których stawką bywa czasem Żelazny Krzyż i jeszcze jedna gwiazdka, a czasem życie.

Nie patrzyła mu w oczy.

– Nie mówmy o tym – wyszeptała. – Jest przecież ładna noc. I dobra muzyka.

– I ładna dziewczyna… – dokończył tym samym tonem.

– Dziękuję ci, Hans. Może więc stać cię na maleńką pauzę.

– Może. Jeżeli oczywiście zechcesz…

– Gdybyś tylko powiedział mi, gdzie byłeś na spacerze.

– Dlaczego o to pytasz?

– Może jestem zazdrosna.

– Znowu brak zaufania.

– Przestań! Przytul mnie…

Nie zdążył jednak wykonać tego rozkazu, bo muzyka umilkła nagle i oni wrócili do stolika, do uśmiechniętego Boldta, który już pospiesznie nalewał kieliszki. Pili, a Boldt rozpiął guzik przy kołnierzu, twarz miał czerwoną, nabrzmiałą i prawił o ogromnym zaufaniu, jakie generał Langner żywi właśnie do Hanny i do Hansa, do obojga, wierząc, że nie tylko dotrą do Konrada, ale zdemaskują także

Tańczył i nie rozumiał, na co ona naprawdę liczy i dlaczego jest teraz taka. Tylko gra? Grę czasami łatwo rozszyfrować, ale bywa i tak, że zacierają się granice; nagle, może podczas tańca, a może gdy siedzieli przy stoliku przytuleni do siebie i pili któryś tam kieliszek z rzędu, zaczął ją traktować jak ładną dziewczynę, z którą przyszedł na dansing i zapomniał, że to Hanna Bösel, że jeszcze w przedziale kolejowym powtarzał sobie: nie kobieta, tylko szczwany, doświadczony agent niemieckiego wywiadu.

Zapomniał, a może jednak chciał zapomnieć, gdy stali na korytarzu, a potem ona otworzyła drzwi swego pokoju i powiedziała:

– Pocałuj mnie, Hans, pocałuj mnie teraz, bo może potem już nigdy nie będę miała na to ochoty…

7

W słonecznym świetle dnia, który się właśnie zaczy-nał, wszystko wyglądało inaczej. Kloss wiedział, że zbliża się decydująca rozgrywka, agent Hanna Bösel wykonała dobrze swoje zadanie i uzyskała z całą pewnością możliwość dotarcia do Konrada. On nie uzyskał nic… Maciej miał zjawić się najwcześniej dopiero po obiedzie; do tego czasu Hanna mogła zakończyć swoją robotę: przekazać Konradowi dezinformujące materiały i rozszyfrować jego organizację. Wówczas także los trzeciego, prawdziwego łącznika z Berlina, był przesądzony. Kloss wiedział już, że tym trzecim, nieznanym towarzyszem broni, nie jest nadradca Gebhardt. Więc kto?

Pozostawało tylko jedno: nie spuszczać Hanny ani na minutę z oczu. Podjąć każde ryzyko, bo teraz każde ryzyko było dozwolone, żeby pokrzyżować jej plany. Zajął swój posterunek obserwacyjny przy oknie. Na ławce w łagodnym słońcu tkwił nadradca Gebhardt i palił cygaro. Inwalidzi wynosili leżaki, a pielęgniarki w białych czepkach okrywały ich pledami. Minęło sporo czasu, zanim zobaczył Hannę… Znowu ta skromna sukienka i prawie zupełna rezygnacja z makijażu. Zagryzł wargi aż do bólu i patrzył na nią chwilę z chłodną nienawiścią. Przystanęła przy panu nadradcy, rozmawiali zapewne o pogodzie, bo nadradca wskazywał gazetą słońce i rżał jowialnie, ale i tym razem była to jowialność na pokaz.

Kloss wyszedł z pokoju, gdy panna Bösel skręcała już na drogę prowadzącą do miasta. Musiał być teraz bardzo ostrożny: Hanna to nie Gebhardt… Nie może spostrzec, że jest śledzona. Szedł za nią, kryjąc się w cieniu drzew, i nie przyszło mu na myśl, że jego tropem, w przyzwoitej odległości, idzie jeszcze ktoś trzeci. Pan nadradca Gebhardt, ciągle z gazetą w ręku.

Dopiero gdy dziewczyna skręciła w wąską, niewidoczną niemal ścieżkę tuż przy zbudowanym z kostropatych odłamów piaskowca murze cmentarza, uznał, że może ją spuścić z oczu. Tą drogą można było dojść tylko do lasu. A Kloss znał już sposób, aby dotrzeć tam przed nią: pójdzie stromym zboczem, porośniętym zrudziałą trawą i kępkami jałowca, niewidoczny dla niej, bo ścieżka biegła niżej, wzdłuż koryta wyschniętego potoku. Znał tę drogę i wiedział, że pokonanie jej zajmie Hannie przynajmniej kwadrans, ma więc przed sobą tyle czasu, by wyciągnąwszy się wygodnie w cieniu cmentarnego muru, pomyśleć chwilę nad sytuacją, zastanowić się nad swoim przyszłym postępowaniem.

Wyjął papierosa i gniotąc go w palcach zastanawiał się, czy Hannę Bösel należy zastrzelić zaraz w lesie, czy pójść jej tropem, dzięki jej pomocy odkryć Konrada i wspólnie z nim podjąć decyzję co do losów Hanny. Ale to oznaczałoby konieczność dekonspiracji przed Konradem, dekonspiracji być może nawet usprawiedliwionej obecną sytuacją, ale przecież piekielnie niebezpiecznej, bo jeśli sam Konrad stał się już tylko narzędziem w rękach Abwehry (ma bowiem dostarczyć Anglikom plan umocnień spreparowany w wydziale dezinformacji), to jednak fakt, że wiedzą o nim tyle, świadczyłby, że Abwehra zdołała spenetrować jego otoczenie. Czy tylko Plusz rozpracowywał Konrada? Znowu zagadka. Kto zabił Plusza? Kloss był zbyt wytrawnym pracownikiem wywiadu, by nie powiązać ze sobą trzech faktów. O jego spotkaniu z Pluszem wiedziała Hanna, Plusz był tą osobą, która mogłaby ułatwić Klossowi dojście do Konrada, i właśnie Hanna czekała w jego pokoju, ubrana dość skąpo, jakby tym strojem chciała go przekonać, że nie opuszczała pensjonatu… Ale chociaż wniosek nasuwa się sam, Kloss nie może przyjąć, że Hanna strzeliła do Plusza, ponieważ brak tu jakiegokolwiek wytłumaczenia, motywu. Musi niejako automatycznie Hannę wykluczać. Istnieje oczywiście możliwość – całkiem teoretyczna – która śmierci Plusza nadałaby sens. Gdyby to Hanna Bösel była polskim agentem, a on, Hans Kloss – zdeklarowanym hitlerowcem, jej postępowanie musiałoby być właśnie takie. Ale jest akurat odwrotnie…

Usłyszał szelest czyichś kroków, spojrzał w tamtą stronę i dostrzegł nadradcę Gebhardta. Grubas rozglądał się, jakby kogoś szukał, jakby nagle zgubił czyjś ślad. Kloss uświadomił sobie, że zbyt dużo czasu upłynęło od przejścia Hanny, by Gebhardt mógł śledzić właśnie ją. Jeśli zatem nie Hanna Bösel była przedmiotem obserwacji pana nadradcy z ministerstwa Goebbelsa, to mógł nim być tylko on sam – Hans Kloss. Ale czy obserwacji? Tłusta, porośnięta białą szczeciną dłoń Gebhardta spoczywała wpółwsunięta w kieszeń marynarki. Kieszeń była wypchana, a kształt, jaki jej nadawał przedmiot tkwiący w środku, eliminował przypuszczenie, że spoczywa tam zawinięte w serwetkę drugie śniadanie, które nadradca zamierza spożyć w głuszy leśnej.

Kloss odczuł jakże mu znajome wrażenie chłodu. Sygnał niebezpieczeństwa, a równocześnie znak, że coś zaczyna się wreszcie dziać, że amorficzna, otaczająca go zewsząd pustka zaczyna przybierać kontury. Pora oczekiwania – czuł to przez skórę – dobiegała końca. Nadchodził czas akcji. Przyspieszył ją nieco, teraz wie już to na pewno, tymi paroma dwuznacznymi zdaniami wypowiedzianymi w pensjonatowej restauracji. Gdyby Kloss jeszcze wiedział, czego się Gebhardt boi. Dopiero o zmroku jest zaplanowane spotkanie z Maciejem, gdyby Maciej potrafił mu wyjaśnić powód strachu jowialnego nadradcy…

Gebhardt ruszył ścieżką, Kloss odczekał jeszcze chwilę, aż tamten zniknie we wgłębieniu wyżłobionym przez wyschnięty potok. Potem wstał, otrzepał mundur ze ździebeł trawy, cisnął papierosa, którego nie zdołał nawet zapalić, i ruszył stromizną pod górę. Przez chwilę jakby zapomniał, po co tu jest, dlaczego wspina się pod górę, wysiłek sprawiał mu przyjemność, przenosił go w czasy, gdy jako harcerz zdobywał sprawności w Wysokich Tatrach i to nieuświadomione skojarzenie pomagało mu w marszu, odczuwał satysfakcję przy każdym kroku postawionym we właściwym wgłębieniu skały, radość, że jego ciało jest mu posłuszne, że jest młody, że żyje. Dopiero gdy wspiąwszy się na górę zajął upatrzoną pozycję, skąd będzie mógł obserwować Hannę, i oddychał głęboko, rzeczywistość przytłumiła poprzednie odczucia. Nie jest siedemnastoletnim harcerzem, Staszkiem z Kościerzyny, szczycącym się wyszytymi na lewym rękawie bluzy wszystkimi możliwymi do zdobycia „sprawnościami", jest agentem o kryptonimie J-23, dorosłym człowiekiem, który być może za chwilę zastrzeli młodą, ładną kobietę, nie odczuwając przy tym żadnych wyrzutów sumienia, a jedyną troską, jaką będzie miał po celnym strzale, stanie się problem, jak pokrzyżować jej plany, a jednocześnie odsunąć od siebie niebezpieczeństwo, że ktoś mógłby go o to podejrzewać.

24
{"b":"89364","o":1}