ЛитМир - Электронная Библиотека
A
A

– Widzę, że żadna z tajemnic rzemiosła nie jest ci obca. A co do duszenia…

– Kochanie – przerwała mu – dwanaście lat w tym zawodzie…

– Niemożliwe! – zdziwił się szczerze, a potem dodał: – Co do duszenia, to trzeba być z tym ostrożnym. A nuż to jest właśnie facet, który pracuje dla Anglików i ciuła w banku zarobione u nich pieniążki, ewentualnie uzupełniając sobie na boku wpływami ze swoich interesików?

– Raczej nie – odparła po krótkim namyśle. – Anglicy są na to zbyt ostrożni. Wolą deponować honoraria w Bank of England.

Musiał jej przyznać rację. Postanowił zapytać jeszcze o jednego człowieka, którego nazwisko przewijało się dość często w raportach radcy Witte, z którymi miał okazję zapoznać się przed wyjazdem do Istambułu.

– Mówi ci coś nazwisko Christopulis?

– Poznasz go zapewne, stały gość naszego klubu. Czarujący chłopak – uśmiechnęła się. – Grek z obywatelstwem tureckim – uzupełniła. – Nie praktykujący prawnik, zresztą kto go tam wie. W każdym razie tytułują go mecenasem. Prawdopodobnie powiązany z policją turecką, pośrednik, faktor, czy jak to chcesz nazwać, zawsze ma pieniądze, jest właścicielem najnowszego modelu jaguara, otoczony wianuszkiem najładniejszych w tym mieście dziewcząt. Od czasu do czasu dysponuje ciekawymi informacjami, które gotów jest sprzedać każdemu za odpowiednio wysoką cenę. Mówi znakomicie paroma językami. Krążą o nim plotki, że jest rezydentem Anglików, ale to mało prawdopodobne. Chłopak ma powierzchowność zbyt rzucającą się w oczy.

Odprowadziła Klossa do schodów, skinęła mu głową na pożegnanie.

– Do wieczora – powiedziała.

Kloss spojrzał na zegarek. Dochodziła siódma. Upał za oknem nieco zelżał. Co prawda klub pani Rosę rozpoczynał działalność już o ósmej, on jednak zamierzał przyjść tam później. Zgodnie z radą Rosę, podczas pobytu w konsulacie wciągnął radcę Wittego w rozmowę o możliwościach męskiej zabawy w tym mieście i sprowokował go do wypowiedzenia nazwy „Cafe Rosė". Ugrzeczniony radca natychmiast zaproponował Klossowi wprowadzenie do klubu.

Tajniak tkwił ciągle pod kasztanowcem, ale Kloss nie miał już powodów, żeby ukrywać, dokąd zamierza wybrać się wieczorem. Lokal panny Rosę zapewne także pozostaje pod stałą obserwacją. Podniósł słuchawkę telefonu, zawiadomił recepcjonistę, a właściwie chyba właściciela hotelu, bo nikogo poza nim Kloss nie widział jeszcze w recepcji, że zamierza się nieco zdrzemnąć i prosi o obudzenie oraz przywołanie taksówki przed dziesiątą.

– Jeśli chce się pan zabawić, sir – powiedział tamten swoją trzeszczącą angielszczyzną – to mogę polecić znakomity lokal w pobliżu naszego hotelu. Nie musi pan nawet brać taksówki. Nazywa się „Cafe Rosė", ale niech pana nie zmyli nazwa, to nie jest…

– Dziękuję – przerwał mu sucho Kloss. – Dam sobie radę.

Położył się, ale nim usnął, zdążył jeszcze pomyśleć, że coraz mniej podoba mu się właściciel hotelu „Orient".

4

Radca Witte dostrzegł srebrzystoszary wóz Christo-pulisa opodal tarasu modnej kawiarni niedaleko Muzeum Mozaik, wszedł nawet do wnętrza, niemal pustego o tej porze, ale Greka nigdzie nie dostrzegł. Skreślił więc parę słów na kartce i włożył ją za wycieraczkę jaguara. Chciał się zobaczyć z Grekiem wcześniej, niż dojdzie do zetknięcia się wysłannika ministerstwa gospodarki z pośrednikiem. Witte odsuwa od siebie myśl, że ten młody człowiek, z którym przed paru godzinami rozmawiał w gabinecie konsula, przyjechał specjalnie po to, by jemu, Wittemu, udowodnić drobne w końcu malwersacje, jakich dopuścił się na szkodę państwa niemieckiego. Ale ostrożność nigdy nie zawadzi. Christopulis co prawda nie należy do ludzi zdolnych do wygadania się, chyba że zdradzenie jakiegoś sekretu leży akurat w jego interesie, ale lepiej dmuchać na zimne. Konsul Grandel, niezwykle nadskakujący gościowi z Berlina, polecił Wittemu, by udzielił „wszelkiej pomocy doktorowi Klossowi". Młody człowiek z uśmiechem sprostował, że nie przysługuje mu ten tytuł, ale już po wymienieniu paru ogólnych zdań Witte zorientował się, że jest całkiem nieźle poinformowany w sprawach handlu, trudności ze zdobywaniem deficytowych surowców lub obłożonych embargiem materiałów, rozliczeń, kredytów, prowizji i temu podobnych.

Chociaż więc z Klossem umówił się później, przyszedł do „Cafe Rosė" zaraz po otwarciu lokalu. Zauważył zaparkowany opodal wóz Christopulisa. Znaczyło to, że Grek znalazł pozostawioną za wycieraczką kartkę. Wąsata baba przy wejściu powitała go jak starego znajomego, pomogła mu zdjąć płaszcz, wyraziła radość, że znów ma szczęście widzieć „pana ambasadora". Tak nazywała nieodmiennie wszystkich zaglądających tu pracowników zagranicznych placówek. W dużej sali, nazywanej przez bywalców „lustrzaną", senna dziewczyna w szarawarach, z na wpół zakwefioną twarzą serwowała trunki, druga, także z zasłoniętą twarzą, lecz za to z nagim pępkiem, wyginała się dość leniwie na małej estradzie w takt jakiejś monotonnie wschodniej melodii, wydobywającej się z małej wnęki, w której trzy stłoczone dziewczyny szarpały struny instrumentów nie znanych Wittemu nawet z nazwy. Jakby dla zrównoważenia faktu, że w lokalu tym pracowały jedynie kobiety, klientami byli wyłącznie mężczyźni. Zresztą „klientami" to złe słowo – poprawił się w myśli. Rosę miałaby mu za złe. Ona powiedziałaby: gośćmi lub członkami klubu…

Witte rozejrzał się. Przy niskim stoliku grupka zażywnych mężczyzn o orientalnym typie urody śmiała się głośno z czegoś, ale Christopulisa między nimi nie było. Także w sali karcianej było zupełnie pusto. Domyślił się, że Christopulis jest na górze; w prywatnych apartamentach właścicielki lokalu. Był jednym z nielicznych znajomych Wittego, który miał prawo wstępu na piętro. Bo lokal panny Rosę, wbrew pozorom, był instytucją całkiem przyzwoitą. Oczywiście wszystko było tak pomyślane, by stworzyć atmosferę erotyzmu, ale i na atmosferze się kończyło. Chyba żaden z bywalców nie mógłby się pochwalić bardziej intymnymi stosunkami z którąś z uroczych tancerek czy kelnerek, a tylko nielicznym udawało się wejść na górę.

Witte aż drgnął – ktoś niespodziewanie dotknął jego ramienia. Odwrócił się raptownie.

– Kłopoty? – zapytał Christopulis. – Ma pan minę człowieka, którego Allach doświadcza kłopotami.

Przysunął sobie niski puf i siadł obok Wittego. Ale nim to uczynił, radca miał możność zauważyć, że marynarka Greka jest jeszcze o pół cala dłuższa, a spodnie troszeczkę szersze, niż nakazuje tegoroczny żurnal. Christopulis położył wąską, wypielęgnowaną dłoń na kolanie Wittego. W nastrojowym półmroku błysnął wszystkimi kolorami tęczy ogromny brylant na jego palcu. Kiedyś, gdy Witte zapytał go, ile wart jest ten pierścień, Christopulis odpowiedział niedbale, że dwie – trzy dobre kamienice w śródmieściu.

– Allach zsyła kłopoty, Allach uwalnia od kłopotów. -Odebrał z tacy kelnerki, która pochyliła się nad ich stolikiem, dwie kryształowe szklanki napełnione do połowy brązowym płynem. Zadzwoniły kostki lodu. -Napije się pan? Nic lepszego nie wymyślono dotychczas na zmartwienie.

– Allach zabrania picia – zauważył cierpko Witte.

– Przymyka oko – błysnął białymi zębami Christopulis – jeśli pije się dla uczczenia dobrego interesu.

– Myślałem, że pan robi wyłącznie dobre interesy. Czyżby ten był wyjątkowy?

– Słyszał pan starą opowieść o facecie, który sprzedawał wiernego psa? To był bardzo dobry pies. Wracał. I można go było sprzedawać znowu.

– Dajże pan spokój dykteryjkom, Christopulis. Ile razy zaczyna pan opowiadać orientalne bajki, odnoszę wrażenie, że pan kogoś udaje.

– Wszyscy kogoś udajemy. Pan na przykład…

– Christopulis – powiedział ostro Witte – chce pan, żebyśmy się pogniewali?

– Skądże – roześmiał się Christopulis. – Nie chciałbym stracić swojego najlepszego klienta. Może uda mi się i panu sprzedać swojego psa. Muszę się zastanowić.

– Niech pan nie żartuje. Musimy się na jakiś czas wstrzymać z interesami. Pan wie, Christopulis, ze pan ma ze mną niezłe życie. Nie wiadomo, czy z moim następcą…

– Chcą pana odwołać do Rzeszy? – zapytał poważnym tonem.

– Jeszcze nie, ale przyjechał tu ktoś, kto może zechce węszyć, ktoś, kto nie wygląda na faceta znającego się na żartach.

– Ale może zna się na wartości pieniędzy? – zapytał Christopulis, a na pytające spojrzenie Wittego dodał: -Jak pan myśli, odróżniłby studolarówkę od banknotu dolarowego?

– Dla pana jest wszystko proste, Christopulis. Myśli pan, ze wszystkich można kupić. Nie mogę mu przecież zaproponować łapówki. To młody chłopak, wygląda na – zawahał się, jakby szukał słowa – ideowego – skrzywił wargi w ironicznym grymasie. – Tacy nie biorą.

Christopulis zaśmiał się.

– Ach, ta wasza europejska mentalność. – Przysunął się do Wittego jeszcze bliżej. – Niech pan zapamięta raz na całe życie. Wszyscy biorą. Jedyna niejasna kwestia to… ile. – Podsunął w kierunku Wittego złotą papierośnicę. -Niech pan zapali. – Błysnął ognikiem zapalniczki i dodał: – Pewno, że nie może mu pan wetknąć forsy w kieszeń, ale na wszystko znajdzie się sposób. Allach zabrania picia, Allach zabrania palenia. Czego jeszcze zabrania Allach, Witte? No, niechże się pan zastanowi.Wskazał głową zasłonięte kotarą drzwi do sali karcianej. – Tak, Witte, gier hazardowych. Czy nie mógłby pan do niego przegrać trochę forsy? Niech go pan tutaj zaprosi. Jeśli pan chce, włączę się do tej zabawy. Chętnie zrobię panu małą przysługę.

– Już go zaprosiłem. Będzie tu -Witte spojrzał na zegarek – za niecałą godzinę.

Poczuł odprężenie. Nie pierwszy raz zauważył, że obecność tego cynicznego Greka działa nań kojąco. Uniósł kryształową szklankę, kostka lodu roztopiła się niemal zupełnie.

– Pańskie zdrowie, Chrirtopulis. Oby pan zawsze miał dobre pomysły.

Kątem oka dostrzegł schodzącą z góry mademoiselle Rosę. Była w długiej, dyskretnie eleganckiej sukni bez dekoltu. Szła już w stronę ich stolika. Witte zerwał się, przypomniał sobie bowiem w samą porę polecenie konsula. Ucałował jej ładną dłoń, zapytał, czy dostała zaproszenie. Skinęła głową.

31
{"b":"89364","o":1}