ЛитМир - Электронная Библиотека
A
A

Wstał i wyrwał z gniazdka wszystkie przewody. Zrozumiał, że musi się spieszyć. Potem zbiegł do ogrodu i zameldował konsulowi, że ktoś uszkodził telefon.

– Zadzwonię z pierwszego napotkanego telefonu w mieście – dodał tonem nie znoszącym sprzeciwu. I nie czekając na odpowiedź konsula wybiegł.

6

Nagła śmierć Rosę nadała sprawie oszałamiające tempo. Pierwszą rzeczą, jaką Kloss musiał załatwić, to znaleźć się w „Cafe Rosė", a właściwie w pokoju właścicielki klubu na piętrze, zanim dotrze tu policja. Przez rzadkie sztachety ogrodzenia dostrzegł swojego anioła stróża – pogrążonego w pogawędce z żandarmem koło budki wartowniczej. Teraz nie miał czasu, by gubić po drodze prześladowcę. Przeszedł wzdłuż płotu do najbliższego zakrętu i rozejrzawszy się uważnie, wspiął się na sztachety. Minął obojętnie zaparkowane przy krawężniku taksówki, dopiero na głównej ulicy wsiadł do którejś z nadjeżdżających pod knajpę. Kazał się wieźć pod swój hotel ale przed skrętem w uliczkę pnącą się ku górze zatrzymał wóz oświadczając, że resztę drogi przejdzie na piechotę. Dopiero gdy taksówka zniknęła z oczu, wrócił w stronę „Cafe Rosė".

Zagadał przyjaźnie do wąsatej baby przy wejściu, wypił dwa koniaki przy barze i dopiero gdy zgasło światło, a zapalił się punktowy reflektor oświetlający miniaturową estradkę, na której dziewczyna z nagim brzuchem czyniła swoje wygibasy, ruszył przez nikogo, jak mu się zdawało, nie dostrzeżony ku schodom. Drzwi pokoju Rosę, trzecie po lewej stronie korytarza, jak zapamiętał, były zamknięte, ale poradził sobie z nimi bez trudu za pomocą swojego kompletu wytrychów rodem z Wiesbaden. Skierował się od razu do biurka i w takt dobiegającej z dołu, monotonnej melodii zaczął, przyklęknąwszy, przymierzać swój wytrych do górnej szuflady. I w tym momencie poczuł na karku zimny dotyk stali. Nie zdążył jeszcze powziąć decyzji, co powinien zrobić, gdy ucisk nagle zelżał.

– Ach, to ty – usłyszał za sobą. – Czego tu szukasz?

Odwrócił się. Zobaczył na wysokości swej twarzy nagi brzuch dziewczyny. Spojrzał wyżej. Dziewczyna zdjęła już z twarzy zasłonę. Nie mierzyła z rewolweru w jego stronę, ale nadal trzymała go w ręku.

– Przepraszam, zdaje się, że nie zostaliśmy sobie przedstawieni – powiedział z niezbyt mądrą miną.

– Znam cię – powiedziała dziewczyna. – Rosę pokazała mi ciebie. -Wypowiedziała pierwszy człon hasła.

– Ty jesteś szefem? – zapytał zdumiony.

– Och, nie – roześmiała się – ale szef zna cię także. Co się stało?

Musiał jej opowiedzieć o wydarzeniach w konsulacie.

– Zaraz tu będzie policja – zakończył. – Uprzątnij wszystko i zawiadom szefa.

Skinęła głową w milczeniu, otarła zapłakane oczy.

– Biedna Rosę – powiedziała, a potem dodała: – Ona tu nie trzymała nic. Miała safes w banku. Opróżnię go jutro z samego rana. Zresztą szef zadecyduje.

– Czy mogłabyś mnie skontaktować z szefem? Bardzo chciałbym z nim pogadać.

– Przekażę mu twoją prośbę. To on musi zdecydować, czy chce się z tobą zobaczyć.

Zdążył wrócić do konsulatu przed przybyciem policji. Goście nieudanego przyjęcia, skupieni w małych grupkach, szeptali coś między sobą. Osowiały kelner w milczeniu roznosił kieliszki. Konsula zastał Kloss w jego gabinecie. Razem z sekretarką wrzucali do rozpalonego kominka jakieś papiery. Pokój był pełen dymu. Kloss bez słowa otworzył okno.

– Chciałbym z panem pogadać sam na sam – szepnął. Konsul skinął w milczeniu głową. Po chwili pod jakimś pretekstem odesłał pannę von Tilden z pokoju.

– Coś pilnego, Kloss? – zapytał konsul.

– Tak – odparł – to sprawa niezwykłej wagi. Proszę, oto moje pełnomocnictwo – podał Grandelowi niewielki kartonik – wydane przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy.

Grandel założył okulary, obejrzał kartonik ze wszystkich stron. Chyba kilkakrotnie przeczytał krótki tekst.

– Słucham – powiedział. – Wynika, że nie myliłem się co do pańskiej misji. Mam panu udzielić wszelkiej możliwej pomocy. Jestem gotów. Czego pan potrzebuje?

– Muszę pana poinformować, że na terenie konsulatu działa agent wywiadu brytyjskiego.

– To wykluczone! – zerwał się Grandel. Po chwili powoli opadł na swoje krzesło. Ukrył twarz w dłoniach.

– Ufam moim ludziom – powiedział cicho, ale z jego tonu Kloss wywnioskował, że konsul już wierzy.

– Należałoby powiedzieć: ufałem. Stwierdziliśmy z całą pewnością, że agent działa właśnie tutaj. Nie będę pana informował, w jaki sposób do tego doszliśmy. Agent działa u pana, w pobliżu pana albo… – zawiesił głos.

– Albo… – powtórzył jak echo Grandel.

– Albo brytyjskim agentem jest pan – powiedział i widząc gwałtowne zmiany w twarzy konsula, zląkł się, że Grandel dostanie ataku serca. Jeszcze mu tego brakowało! Roześmiał się. – Proszę się uspokoić, panie konsulu, to był tylko żart. Wróćmy do sprawy najważniejszej. Wiem, raczej domyślam się, kto jest brytyjskim agentem. Nie mam jeszcze kompletu dowodów, ale to sprawa najbliższych dni.

– Proszę mi szybko powiedzieć. Peters czy Witte? A może radca Beitz? – powiedział z nadzieją w głosie.

– Radca Beitz od trzech miesięcy przebywa w szpitalu, a działalność angielskiego agenta trwała jeszcze dwa tygodnie temu.

– Więc który z nich dwóch? – zapytał konsul.

– Którego by pan wolał? – odpowiedział pytaniem, ponieważ chciał zyskać na czasie. Po pożyczce udzielonej mu przez Wittego, która tak znakomicie wyjaśniała sytuację, nie miał zbyt wielkiego wyboru. Kompromitacji Grandela, który może mieć mocne plecy w Berlinie u Ribbentropa, mogliby nie przełknąć. Zostawała więc dwójka: Peters i sekretarka. W pierwszej chwili kusiła go kandydatura Petersa – jednego gestapowca mniej. Jednak na jego obronę przemawiała nieudolność. Peters będąc na miejscu nie wpadł na ślad agenta. Ktoś przysłany zamiast niego mógłby swoją robotę wykonywać inteligentniej, a to niebezpieczne. A więc ona.

– Niechże pan mówi – w głosie Grandela było już zniecierpliwienie.

– Dobrze. Żaden z nich. Agentem brytyjskim jest według wszelkiego prawdopo-dobieństwa pańska sekretarka.

– Pan bredzi – odpowiedział spokojnie Grandel. – Czy zdaje pan sobie sprawę, że rzucając to idiotyczne podejrzenie na pannę von Tilden, uderza pan we mnie? Czy naprawdę pan nie wie, że od półtora roku, to znaczy od śmierci mojej żony Matyldy, ja i panna von Tilden… -Przysłoniwszy sobie usta zaczął kasłać.

Tego Kloss nie wiedział. Wyznanie konsula psuło mu szyki. Oczywiście można zawsze starszego pana nieco postraszyć, ale nie znajdują się w Niemczech, tylko w neutralnym kraju, w którym niemiecki urzędnik, nawet taki, jak Grandel, poddany wieloletniej tresurze, może me uwierzyć.

– Nie muszę panu mówić, panie konsulu, że mimo bliskich stosunków z tą kobietą, nie wolno panu niczym dać poznać, że wie pan o moim podejrzeniu. Bo to jest jedynie podejrzenie. Mam pewne powody sądzić, że jest tak, jak powiedziałem. Ale być może zostałem wprowadzony w błąd. Sprawdzę to z całą sumiennością i jeśli okaże się, że popełniłem błąd, będę pierwszą osobą, która panu to powie. Obiecuję też panu, że jeśli się pomyliłem, w moim sprawozdaniu skierowanym do właściwych władz nie wspomnę słówkiem o moich wcześniejszych przypuszczeniach. Ale jeśli moja pierwsza wstępna ocena znajdzie mocne, niepodważalne potwierdzenie, mimo przyjaźni, jaką żywię do pana konsula…

– Musi się pan mylić, Kloss. Ona przewodniczy naszej narodowosocjalistycznej organizacji w konsulacie. Przedtem była zaufaną osobą naszego ambasadora w Ankarze. Od trzydziestego czwartego roku w służbie zagranicznej, wielokrotnie sprawdzana przez służby bezpieczeństwa… Pan się musi mylić, Kloss.

– Chciałbym się mylić – odparł. – Chciałbym ze względu na pana.

Ktoś zapukał do drzwi, uchyliły się, stanęła w nich panna von Tilden.

– Panie konsulu, inspektor policji chciałby się z panem widzieć.

– Już idę – zerwał się. Powoli podeszła do biurka, usiadła w fotelu swego szefa. Wyjęła z kasetki papierosa, zapaliła.

– Szykuje nam się wesoła noc – powiedziała do Klossa. – Inspektor naczytał się romansów kryminalnych i ma ochotę szukać motywów. Motywów zamordowania szefowej tego… – zmełła w ustach jakieś słowo – tego wesołego lokalu w Istambule w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku. Trzeba być kompletnym idiotą.

– Wszyscy policjanci szukają motywów.

– Niechże pan nie udaje naiwnego, Kloss. Jest pan tu wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że „Cafe Rosė" to centrum tutejszego szpiegostwa. Czy trzeba więcej? Im wcześniej ten policjant to zrozumie, tym lepiej. Ale, ale… chciałam pana o coś zapytać. Czy ten żółty papier, który pan podniósł w altance, to była koperta? Koperta z nadrukiem banku? – głęboko zaciągnęła się papierosem.

– Nie rozumiem, o czym pani mówi. Jeśli sądzi pani, że zamierzam ukrywać jakieś dowody rzeczowe, proszę zameldować o tym inspektorowi.

– Och – obruszyła się – nie sądzi pan chyba, że będę nasze niemieckie sprawy wynosiła na ten wschodni jarmark. Widzi pan, tę kopertę szefowa wesołego domku, zwanego „Cafe Rosė", miała w torebce, kiedy przyszła na przyjęcie. Poprawiała makijaż przed lustrem, torebka stała otwarta obok. Znam takie koperty, dlatego rzuciło mi się to w oczy. Kiedy potem zaglądaliśmy do jej torebki, koperty nie było.

– Kto jeszcze prócz pani mógł widzieć tę kopertę?

– Jak na przedstawiciela ministerstwa gospodarki -uśmiechnęła się kpiąco – jest pan dość ciekawy. – Spoważniała. – Wszyscy. Peters był w szatni, odbierał okrycia od gości. Pan konsul komplementował piękną panią. Radca Witte razem ze swym przyjacielem zatrzymali się przy niej chwilę. I jeszcze kilkanaście innych osób, których nie zna pan nawet z nazwiska, bo mademoiselle Rosę dużo czasu poświęciła temu makijażowi. Może to ją zgubiło. A propos, czy zauważył pan, że radca Witte był nie w humorze dzisiejszego wieczoru? Ze nie oglądał pasjonujących wyczynów Paulego?

– Pani także nie oglądała. Poza tym pani pierwsza znalazła zwłoki.

– Tak, byłam pierwsza. Parę minut po mordercy. A sztuczki Paulego widziałam wielokrotnie. Nie bawią mnie tanie emocje.

34
{"b":"89364","o":1}