ЛитМир - Электронная Библиотека
A
A

– Takie jest podstawowe wojskowe prawo – tłumaczył Klossowi – żeby urządzać się na każdym miejscu postoju jak w domu. Nawet wtedy, kiedy nie wiadomo, czy za godzinę nie ruszysz dalej. Ja, panie majorze, byłem już szefem kompanii łączności i wiem, co i jak…

Klossowi wydawało się, że sierżant Kosek nie przyjmuje do wiadomości niebezpieczeństwa grożącego mu nieustannie w tej piwnicy, z której co wieczór wołał: „Wisła, Wisła, ja Skra, przechodzę na odbiór". Wzmocnione patrole żandarmerii krążyły po sąsiednich ulicach, niemiecki nasłuch mógł wykryć już istnienie radiostacji albo wykryje w ciągu najbliższych godzin, a na twarzy Koska, gdy składał Klossowi meldunek – a czynił to wedle wszelkich reguł, choć jak mówił: „Do tego parszywego munduru, panie majorze, nie można przywyknąć" – nie widać było ani śladu niepokoju. Zapalał fajkę, ustępował Klossowi miejsca na fotelu i najchętniej opowiadałby o swych wyczynach na Wale Pomorskim.

Tego wieczoru, gdy Kloss wszedł do piwnicy, sierżant natychmiast podał mu kartkę gęsto wypełnioną czytelnym pismem radiotelegrafisty.

– Rozszyfrowałeś?

– Tak jest.

Tekst nie zawierał właściwie nic nowego poza jedną informacją, której wagę Kloss natychmiast docenił. Syn profesora Glassa, oberleutnant Glass, wzięty nad Wisłą do niewoli, znajdował się w obozie jenieckim. Czy uda się to wykorzystać? Zadania formułowane prosto i zwięźle były w rzeczywistości niesłychanie trudne: nie dopuścić do ewakuacji fabryki. I teraz jeszcze: nie dopuścić do ewakuacji profesora Glassa. Jak to wykonać, jeśli to w ogóle wykonalne?

Od wielu dni Kloss szukał sposobu dotarcia do fabryki. Wiedział, że pracuje tam sporo robotników rozmaitych narodowości, także Polaków, ale Brunner kazał zamknąć obóz, a Kloss nie mógł znaleźć nawet pretekstu, żeby obejrzeć dokładniej teren zakładu. Miał bardzo mało czasu, właściwie pozostały już tylko liczone godziny… Stanął przy maleńkim, zakratowanym okienku wychodzącym na podwórze. Co można zrobić? Co można zrobić oprócz przesłania meldunku, że jutro rano fabryka zostanie ewakuowana. A Glass odpłynie ostatnim statkiem… Podjąć szaleńczą próbę?

Zapadł już mrok; podwórze było puste, martwe. Ulicą przejechała ciężarówka, warkot motoru ucichał powoli, może to już koniec?

– Jak długo jeszcze, panie majorze? – zapytał sierżant.

– Trzeba będzie zmienić lokal – powiedział nie odwracając się Kloss. I właśnie wtedy zobaczył dziewczynę. Wbiegła na podwórze; była w rozpiętym płaszczyku oznaczonym literą „P". Otwartymi ustami chwytała powietrze. Przystanęła w bramie, bo zobaczyła napis: Ach-tung! Minen!, który zapobiegliwie umieścił tu Kloss, ale me wahała się zbyt długo. Dostrzegła drzwi prowadzące do piwnic… Usłyszeli jej kroki na schodach. Po paru sekundach zobaczyli w bramie SS-mana. Właściwie najpierw usłyszeli jego głos: Halt! Ich werde schussen. SS-man także się zawahał ujrzawszy ostrzeżenie; ale pobiegł za dziewczyną.

Sierżant, stojący już przy oknie, spojrzał na Klossa. Kapitan skinął głową, wyciągnął broń, odbezpieczył. Kosek uchylił drzwi: w ręku trzymał nóż sprężynowy. Korytarz piwniczny był wąski i długi. Dziewczyna biegła potykając się w ciemnościach; gdy znalazła się przy drzwiach do ich nory, Kosek chwycił ją za rękę i rzucił do środka. Upadła na podłogę. SS-man zobaczył Koska dopiero wówczas, gdy otrzymał cios; nie zdążył nawet krzyknąć. Kloss słyszał tylko głuchy łoskot ciała uderzającego o kamienną posadzkę.

Przenieśli dziewczynę na fotel. Sierżant pochylił się nad nią, gdy otwierała oczy.

– Co z nią zrobimy? – zapytał.

– Będzie musiała zostać tutaj – powiedział Kloss. -Wypuszczać jej nie wolno. A tamtego trzeba gdzieś schować.

– Zrobi się – mruknął Kosek.

Ostrożnie wlewał dziewczynie do ust wódkę z menażki.

– Masz ci babo pasztet!

Dostrzegła najpierw twarz sierżanta, potem radiostację i pistolet automatyczny na krześle. Dopiero po chwili Klossa stojącego ciągle przy oknie. Wrócił strach, przymknęła oczy i opadła znowu na fotel.

– Nie bój się, głupia – warknął sierżant. – O nic nie pytaj, ale się nie bój. – I dodał: – Tylko mnie mogło coś takiego się zdarzyć! Mam babę do gospodarstwa!

Kloss podszedł bliżej. Dodatkowy kłopot! Nie dość, że trzeba zmieniać miejsce nadawania, ale jeszcze ciągnąć ze sobą tę dziewczynę! Choćby była najuczciwsza, ryzyko wypuszczenia jej wydawało się zbyt duże.

– Skąd jesteś? – zapytał po polsku.

Była jeszcze przerażona i nieufna.

– Z Warszawy – szepnęła.

– Gdzie pracujesz?

– U profesora Glassa. Przedtem pracowałam w fabryce.

Kloss usiadł obok niej. Teraz zaczęła interesować go naprawdę.

Niełatwo przełamywać nieufność, nie mówiąc nic o sobie i niczego nie tłumacząc. Oczywiście: nie mówiąc, ale przecież dekonspirując się, bo Barbara Stecka, tak nazywała się dziewczyna, widziała już dosyć, by zrozumieć prawie wszystko. Musiała zresztą uwierzyć, że są Polakami „stamtąd", jeśli chciał wydobyć z niej cokolwiek interesującego. Najpierw opowiedziała swą przygodę z SS-manem. Pani, żona profesora Glassa, wysłała ją do apteki. Gdy dobiegała do rynku, zawyła syrena i zobaczyła nasze – to słowo wymawiała z naciskiem i dumą – nasze samoloty.

Przeczekała nalot w bramie, a gdy znowu zawyła syrena, ujrzała na chodniku ulotki. Nikogo nie było, więc podniosła jedną: była pisana po polsku i po niemiecku, wzywała Niemców do zaprzestania walki… Nie zdążyła jej zresztą przeczytać do końca, schyliła się raz jeszcze, by zebrać więcej i zanieść potem do fabryki, gdy zaskoczył ją ten SS-man. Stał widać w jakiejś bramie. Krzyknął: Halt! a ona zaczęła uciekać, skręciła w Kaiserstrasse, potem zobaczyła ten wypalony dom, myślała, że ukryje się gdzieś w gruzach. Przestraszył ją napis: Achtung! Minen! nie miała jednak wyboru, było jej zresztą wszystko jedno…

– Powinnam już wrócić – zaniepokoiła się. – Glassowa jest strasznie podejrzliwa.

Kloss nie podejmował jeszcze decyzji, chciał wiedzieć jak najwięcej, szczegóły, drobiazgi, ona odpowiadała ze zdziwieniem, nie rozumiała sensu tych pytań. Jak wygląda mieszkanie Glassów? Rozkład dnia? O której profesor wraca z fabryki? O której kładzie się spać? Wreszcie – fabryka. Barbara Stecka zawahała się jednak, zanim zaczęła mówić…

– Dziewczyno – powiedział sierżant. – Domyślasz się, po co tu jesteśmy? Nie chcesz nam pomóc?

Więc w fabryce pracują Polacy, Francuzi, Rosjanie, Jugosłowianie… Teraz odcięci od świata, nikomu nie wolno opuszczać baraków obozowych. Ją znają oczywiście wszyscy, i warta także, bywa w fabryce, czasem posyła ją Glassowa do męża, czasem majster Kroll da przepustkę, jeśli jest coś do załatwienia… Powoli dowiadywał się Kloss szczegółów o działającej w fabryce organizacji. I powoli powstawał plan akcji, w której Barbara Stecka miała odegrać niepoślednią rolę.

3

Był to, tak przynajmniej sądził profesor Glass, ostatni dzień istnienia fabryki w Kolbergu. Przed wojną wytwarzała radioodbiorniki, teraz stała się jednym z ważnych zakładów przemysłu wojennego. To on, Glass, opracował schematy produkcji, a w swoim laboratorium przygotowywał nowe modele aparatów sterowniczych. Znał tu każdą maszynę i odczuwał niemal fizyczny ból patrząc na rozpoczęty demontaż. Robotnicy z literami „P" i „Ost", przyszytymi do kombinezonów pracowali w wielkiej hali pod nadzorem niemieckich majstrów. Obie zmiany, bez przerwy od wielu godzin. Czy zdążą? Glass obserwował demontaż przez oszkloną ścianę dyżurki. Wydawało mu się, że pracują zbyt wolno, że w tym tempie nie zdążą nawet przygotować do transportu najcenniejszych obrabiarek. To zresztą nie jego wina. Rozkaz ewakuacji należało wydać wcześniej. Powiedział to Brunnerowi, gdy sturmbannfuehrer zjawił się u niego w gabinecie. Było tu przytulnie i zacisznie, dźwiękochłonne płyty na drzwiach izolowały sanktuarium profesora od hal fabrycznych.

– O trzeciej trzydzieści rano przyślę ciężarówki – oświadczył Brunner.

– Nie zdążę. – Profesor Glass nie patrzył na gestapowca. Pogardzał takimi jak on i to uczucie, starannie zresztą ukrywane, sprawiało mu satysfakcję.

– Musi pan zdążyć. Zniszczymy to, czego nie zdążymy ewakuować.

– Chcecie zniszczyć fabrykę?

– Oczywiście – powiedział Brunner. – Wysadzimy w powietrze. Myślał pan, że przekażemy Polakom?

To, że jutro lub pojutrze mogą tu być Polacy, było dla Glassa ciągle możliwością teoretyczną. Wiedział i nie umiał u wierzyć…

– Co stanie się z załogą? – zapytał.

– O kim pan mówi? O tej cudzoziemskiej hołocie? Co to pana obchodzi? Ja się tym zajmę…

– Chciałbym jednak wiedzieć. -W gruncie rzeczy było to kłamstwo, właśnie nie chciał wiedzieć, lecz chciał odciąć się, odseparować od tego, na co i tak me miał żadnego wpływu. Protestować? Jakie mogą mieć znaczenie protesty?

Brunner uśmiechnął się.

– Niech pan myśli o maszynach. I o sobie. Należy pan do nielicznych szczęśliwców, których ewakuujemy z tego miasta. Proszę przygotować dokumenty. I spalić wszystko, czego nie zdoła pan zabrać. – Sturmbannfuehrer zdusił w popielniczce nie dopalonego papierosa i opuścił gabinet.

Kierownika wydziału elektrycznego fabryki, inżyniera Alfreda Krolla, znalazł w dyżurce. Kroll siedział przed mikrofonem, jego głos, przekazywany przez wzmacniacze, rozlegał się w hali fabrycznej.

– Powtarzam – mówił Kroll – że robotnikom cudzoziemskim nie wolno bez specjalnego zezwolenia opuszczać zakładu. Każde wyjście poza teren fabryki będzie traktowane jak ucieczka. Przypominam, że robotnik jugosłowiański Christo Tretniew za próbę ucieczki został wczoraj skazany na śmierć. – Wyłączył mikrofon. Brunner uśmiechnął się i skinął aprobująco głową.

– W porządku, inżynierze Kroll – powiedział. – Trzeba to im powtarzać nieustannie.

Kroll wstał. Poruszał się z trudem, nie przywykł jeszcze do protezy, która od paru miesięcy zastępowała mu praWą nogę, amputowaną w szpitalu polowym pod Mińskiem. Brunner oczywiście wiedział o nim wszystko: i to, że Kroll otrzymał Żelazny Krzyż za bitwę pod Moskwą, i to, że nie wstąpił do NSDAP, i to wreszcie, że jego stryjeczny brat, pracujący w tej samej fabryce majster Kroll, miał matkę Polkę. Należało na inżyniera uważać i trzymać go mocno w garści; był teraz potrzebny, bardzo potrzebny.

56
{"b":"89364","o":1}