ЛитМир - Электронная Библиотека
A
A

To, co najbardziej uderzyło Rafała podczas kontaktu z ojcem, to zdumiewające podobieństwo siostry do tego człowieka. Te same rysy twarzy, oczy tego samego koloru, sylwetka, sposób poruszania, wykonywane gesty. Ewa była jego lustrzanym odbiciem. Chłopcu zdawało się, że kiedy ojciec na nią przelotnie spojrzał – w jego oczach błysnął strach, a później zarazem odraza. Dziewczyna o słabej konstrukcji psychicznej była głęboko zakompleksiona. Podłożem tego był jej ojciec. Po tym, jak zobaczyła w nim siebie i doświadczyła na własnej skórze, jak ją nienawidzi – do chwili obecnej miewa na tym tle stany depresyjne. W czasie całej wizyty nie odezwała się ani słowem, nie patrzyła na ojca i niemal bez przerwy płakała.

Ksiądz Antoni powrócił po trzech godzinach. Być może nie był na żadnym spotkaniu, gdyż ma zwyczaj w samotności zbierać myśli. Po jego zachowaniu widać było, jak przebiegają mu one przez głowę w nieopisanym tępię. Jednocześnie demonstrował na każdym kroku swoją złość. Rzucał na około wszystkim, co wpadło mu w ręce. Oni nadal siedzieli pozornie skupieni na krzesłach tak, jak ich zostawił. Podszedł nagle zdecydowanym krokiem do Grażyny. Usidlił ją powtórnie swoim wzrokiem i krzyknął prosto w twarz: „CZEGO CHCECIE!!!???”

Kobieta próbowała nie tracić zimnej krwi – „Słuchaj Antoni, porozmawiajmy spokojnie. Przywiozłam ci dorosłe dzieci. Widzą cię pierwszy i być może ostatni raz. Nie pokazuj przed nimi, bynajmniej przez chwilę, jak bardzo ich nienawidzisz”.

Wówczas twarz kapłana przybrała przedziwny wyraz. Wyglądał tak, jakby usta miał wypełnione octem, którego nie mógł wypluć; a jego źrenice zwężyły się jak u oślepionego kota. On po prostu mówił wyrazem swojej twarzy. W dalszym ciągu, patrząc ciągle na Grażynę, okazywał swój gniew – „…Czego wy ode mnie chcecie!? Ja nic nie mam i nic wam nie dam! Myślicie, że jak jestem w Niemczech to mam miliony marek…!?”

„Nikt tak nie myśli i nikt – nawet jeżeli je masz – nie ma zamiaru ci ich odbierać. Chcemy ustalić tylko pewne szczegóły oraz poznać cię bliżej” – Rafał podtrzymywał „rozmowę”.

„Jakie szczegóły, o czym ty mówisz!? Więc poznaliście mnie! A teraz wynoście się!!!”

Chłopak nie dawał za wygraną – „…Pieniądze, które od ciebie otrzymujemy, w stosunku do twoich zarobków są śmieszne. Musisz wiedzieć, że chcemy się dalej uczyć i nie jesteśmy jeszcze samodzielni. Mama jest chora. Masz obowiązek utrzymać naszą rodzinę. Nie byłeś mężem dla niej, ani ojcem dla nas. Nie było cię na to stać – więc przynajmniej zrób to, na co cię stać teraz”.

Rafał był rzeczowy i opanowany. Spokojnie wyjaśniał swojemu „staremu” cel wizyty. Wydawało się, iż przejął nawet nad nim inicjatywę. Tamten zamilkł na dobre piętnaście minut. Był już późny wieczór. Przenieśli się do gustownie urządzonej kuchni. Ojciec zrobił „żonie” i dzieciom herbaty; podsunął też (dla urozmaicenia) butelkę z wodą mineralną. Czas mijał. Zaczęła się ta sama rozmowa, podpierana podobnymi argumentami. Około drugiej w nocy Ewa zasnęła siedząc na krześle. Grażyna i Rafał poprosili, aby mogła się położyć. Antoni zdecydowanie odmówił. Miał cały czas nadzieję, że jego „goście” wyniosą się sami do wszystkich diabłów. Bał się zapewne własnoręcznie wyrzucić ich za drzwi. Dziewczyna spała wiec nadal w pozycji siedzącej, podtrzymywana przez brata. On i matka byli również znużeni; odczuwali też dokuczliwe ssanie w żołądkach, ale daleko im było do senności. Wiedzieli, że tu i teraz rozgrywają się ich losy, że więcej być może nie będą mieli okazji w taki sposób porozmawiać z tym człowiekiem i wyłuszczyć mu swoje racje. Pertraktacje i wyjaśnienia nie dawały jednak żadnego rezultatu. Minęła czwarta nad ranem. Wycieńczony gospodarz wstał i bełkocząc pod nosem niezrozumiałe, niemieckie słowa zgodził się na przenocowanie rodziny. Na dobranoc powiedział bezczelnie do Grażyny: „Trzeba było przyjechać sama, byłoby inaczej…”. Podtekst tej uwagi był jednoznaczny. Mama z oczywistych względów nie chciała spać sama. Położyła się razem z córką w eleganckiej, komfortowo urządzonej sypialni.

Rafał spał w pokoju, w którym były dwie kserokopiarki. Nie zmrużył oka do samego rana. Myślał o zdjęciu, które wisiało w kuchni nad kuchenką mikrofalową. Był na nim jego ojciec obejmujący dziewczynkę w stroju pierwszokomunijnym. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie duma, radość i szczęście – bijące z oblicza ojca. Chłopak uświadomił sobie, że po raz pierwszy widzi uśmiech na jego twarzy. „Dlaczego nie może być takim dla nas…?” – medytował. Ojciec, którego poznał, w niczym nie przypominał tego człowieka ze zdjęcia. Rafał miał do końca, tj. do spotkania z nim w drzwiach plebanii, wielką nadzieję na trwałe przełamanie lodów pomiędzy nimi. Wierzył, na przekór temu co mówiła mama, że gdy ojciec stanie twarzą w twarz ze swoimi dziećmi, obudzą się w nim choć pozory ojcowskiego instynktu. Gdzieś w głębi serca myślał nawet, iż może odzyskają

– choćby na odległość – swojego rodziciela, a przynajmniej jego akceptację, zainteresowanie ich losem, odrobinę uczucia. Przecież on był, żył! Wystarczyło tylko przełamać dzielące ich lody, ale to on był na powierzchni; do niego należało zrobienie wyłomu w tej skorupie zmarzliny, którą sam stworzył przed ponad dwudziestu laty. Oni wcale nie chcieli burzyć jego życia i powtarzali mu to setki razy. Żadne z nich, przed nikim nie przyznało się nigdy otwarcie do niego. Oni go kryli i chronili, a on ich niszczył i poniżał. Pieniądze, które im się słusznie należały, były im niezbędne do nauki, godnego życia; ale tak naprawdę, miały być tylko swoistym wyrazem uznania ich istnienia. Bardziej od nich pragnęli odrobiny ciepła z jego strony. To, jak złudne były to nadzieje, miał potwierdzić kolejny dzień spędzony w domu ojca.

Kiedy Rafał zszedł rano do kuchni, Joniec już tam siedział pochylony nad filiżanką kawy. Popatrzył na syna nieco bardziej przychylnym wzrokiem niż poprzedniego dnia. Wydawał się być zagubiony i przytłoczony ciężarem własnej rodziny. Zeszła również Grażyna z Ewą. Antoni zaproponował kawę. Usiedli do „suto” zastawionego stołu. Leżało na nim kilka bułek i ten sam słoik dżemu. Kobiety przegrały walkę z głodem i poczęstowały się pieczywem. Rafał nie mógł nic przełknąć, poza paroma łykami kawy. Chłopiec zauważył kątem oka, że obrazek, który wczoraj tak go zaintrygował, gdzieś zniknął. Joniec, swoim zwyczajem, zaczął świdrować Grażynę przekrwionymi od niewyspania oczyma. Około ósmej na plebanię przyjechał młody mężczyzna, będący (według wyjaśnień proboszcza) stałym pracownikiem na utrzymaniu parafii. Pracował przy komputerze

– drukując różne informacje, ulotki i teksty pieśni. Nawiasem mówiąc, Rafał naliczył w ośmiu pomieszczeniach plebanii – cztery oprzyrządowane komputery i tyleż kserokopiarek.

Atmosfera tego ranka i popołudnia była nieznośna i przygnębiająca zarówno dla gości, jak też dla ich gospodarza. Zaczęły się te same rozmowy; owijanie w kółko tych samych tematów.

„…Po co żeście przyjechali?” – Joniec do znudzenia zapewniał ich o swojej niemieckiej gościnności. „…Nic wam nie dam, bo nic nie mam… Gdyby nie ja, to byście z głodu poumierali! Rujnujecie mi życie! Dajcie mi w końcu święty spokój! Chcecie mnie zniszczyć!?” itp.

Rafał odpowiedział mu, że gdyby tego chcieli, nie musieliby przyjeżdżać do niego, ale załatwiliby sprawę na miejscu, nagłaśniając ją do maximum. „Nie chcemy zakłócać ci spokoju; mamy szacunek dla twojego kapłańskiego stanu. Możesz tu mieszkać i być księdzem do końca życia; cieszyć się szacunkiem swoich parafian” – zapewniał go chłopak.

Później Joniec próbował wmówić Grażynie, że wie od kogoś z Polski, jak to ona rozgłasza wszystkim – z kim ma dzieci. Pobiegł na górę i przyniósł mały skrawek papieru, na którym było napisane imię Rafała. Miał to być dowód na jej rzekomą zdradę. Chwilami zachowywał się jak obłąkany. Potrafił nie odzywać się dwadzieścia minut, trzymając twarz w dłoniach, w których tkwił zapalony papieros. Wbiegał nagle na schody prowadzące na piętro; siadał na nich i z głową między kolanami zastygał w bezruchu na pół godziny. Krzyczał; przeklinał po polsku i niemiecku; zarzucał Grażynie błędy w wychowaniu dzieci. Na to ostatnie ona nie wytrzymała i odpaliła mu „wiązankę”:

„Nie masz prawa mnie osądzać! Nie dołożyłeś ręki do ich wychowania. Przez dwadzieścia lat nie zapytałeś o nie ani razu; nie odwiedziłeś ich; nie dałeś żadnej zabawki! To ja poniosłam cały trud wychowania naszych dzieci – w biedzie i poniżeniu, które żeś mi zafundował! Dzieci są grzeczne, kulturalne i ułożone…i to tylko dzięki mnie i mojej mamie! Ty od początku chciałeś je pozabijać! I teraz chętnie też byś to zrobił…!”

Rafał po raz ostatni próbował go spokojnie przekonywać i porozumieć się z nim – „…Chcemy, abyś zrozumiał naszą trudną sytuację. Jeśli nie chcesz mieć z nami żadnego kontaktu, bo nas nienawidzisz, to przynajmniej zwiększ o połowę kwoty, które nam przysyłasz. To już nam w jakiś sposób pomoże. Przecież nie dostajemy nawet dziesiątej części twoich dochodów. Zrozum, że nie czujemy do ciebie nienawiści i potrafimy zrozumieć to, co się stało, ale daj nam żyć! Mama jest chora – potrzebuje lekarstw. My powinniśmy się dalej uczyć. Twoja córka kilka dni temu miała dziewiętnaste urodziny; bardzo chce iść na studia…”.

„Co mnie to wszystko obchodzi! Radźcie sobie sami; ja nie mam więcej pieniędzy! Myślicie, że mam miliony marek!…” – powtarzał do znudzenia Joniec.

„…Nie chcemy twoich milionów, ale nie wciskaj nam, że klepiesz tu biedę. Co robi ten nowy Mercedes w garażu!” – zdenerwował się chłopak – „…nie rób z nas wariatów; nie przyjechaliśmy tu po jałmużnę, którą nas karmiłeś przez lata. Nie chcemy nawet części tego, co nam się słusznie należy. Wiesz ile byś musiał płacić alimentów!?…”

Joniec zerwał się z krzesła i zaczął gorączkowo przetrząsać szuflady. Znalazł kluczyk od Mercedesa i cisnął nim w Rafała. „…Weź go sobie! Zabierz wszystko…!!!” Wydarł się na całe gardło i wybiegł z kuchni. Być może bał się, że Rafał będzie chciał dokumenty od auta i akt darowizny lub sprzedaży „merca”. Był jednak zbyt inteligentny i zbyt dobrze znał się na ludziach (ukończył na studiach psychologię), aby nie wiedzieć, co chłopak sobą reprezentuje. Nie należy on do takich, którzy bezpardonowo wykorzystują podobne okazje; jest wrażliwy i bardzo ułożony – jak na młodego człowieka, który żyje od zawsze z jarzmem bękarta. Zresztą, nie oszukujmy się! Gdyby przyszło co do czego – Joniec biegłby za tym Mercedesem pieszo do samej granicy!

14
{"b":"89366","o":1}