ЛитМир - Электронная Библиотека
ЛитМир: бестселлеры месяца
Берсерк забытого клана. Рунические войны Захребетья
Последний вздох
Оздоровительные советы на каждый день 2020 года
Правила. Как выйти замуж за Мужчину своей мечты
МежМировая няня, или Любовь зла, полюбишь и короля
Сеть птицелова
Так берегись
Рыцарь-Инженер. Книга вторая
Сад небесной мудрости: притчи для гармоничной жизни

ROZDZIAŁ VII KAPŁAŃSKI BUSINESS W ALEKSANDROWIE

Nową parafią, do której zostałem posłany był Aleksandrów jedno z miast-satelit Łodzi. Zgodnie z przyjętym zwyczajem pojechałem tam kilka dni wcześniej, aby przedstawić się nowemu proboszczowi, a przy okazji zrobić zwiad dotyczący mieszkania, okolicy itp. Okazało się, iż będę mieszkał w ogromnej plebanii, wybudowanej niedawno przy innym Kościele i w innej parafii. Parafia ta pod wezwaniem Świętego Rafała była tzw. parafią macierzystą, mnie zaś przydzielono do parafii Zesłania Ducha Świętego, która wyodrębniła się z tej pierwszej. Od plebanii, w której mieszkało jeszcze pięciu księży, miałem ok. 2 km do miejsca pracy – dużej kaplicy na ogromnym placu między dwoma nowymi osiedlami bloków. Świątynia była w stanie surowym, niedawno zadaszona. W ogóle cała parafia erygowana rok wcześniej, była w stanie organizowania się. Młody kościelny z dumą mówił, jak dużo pracy włożyli razem z proboszczem i ofiarnymi parafianami w budowę kaplicy, która powstała rzeczywiście w rekordowym czasie. Przy wykańczaniu obiektu pracowało akurat kilku ludzi. Przywitałem się z nimi, a przy okazji dowiedziałem się, iż kluczem do postępu wszelkich prac w parafii jest ks. proboszcz młody wiekiem i pełen zapału góral z Podkarpacia. Niestety ks. Jarema Trunkowski – mój nowy przełożony – przebywał akurat w Niemczech, dokąd pojechał po samochód. Na plebanii, przy aleksandrowskim rynku nie zastałem także ks. prałata Hedoniusza Bogackiego – proboszcza parafii Św. Rafała. Nie dostałem więc kluczy do mojego przyszłego mieszkania, ale gospodyni prałata zapewniała mnie, że jest ono piękne i czyste.

Odjechałem z Aleksandrowa co prawda niedoinformowany, ale pełen wiary i zapału przed nowym wyzwaniem.

Ponieważ w Ruścu okupiłem się trochę w meble, musiałem wynająć ciężarowy samochód i kilku ludzi do przeprowadzki. W dniu, w którym dokonują się zmiany w parafiach, tj. 30 sierpnia, proboszcz Jarema miał oczekiwać na mnie na plebanii z kluczami do mojego mieszkania. Kiedy zajechałem na miejsce z całym majdanem okazało się, że proboszcz dopiero co przyjechał z Niemiec i śpi po podróży. Gdy już zdołałem go dobudzić, przez godzinę szukał kluczy, a gdy w końcu otworzył mi drzwi mieszkania ogarnęła mnie czarna rozpacz. Ze środka buchnął odór zepsutego mięsa i stęchlizny. Po wejściu do środka zobaczyliśmy stosy (od podłogi po sufit) gazet, które zajmowały – oprócz starych, zepsutych mebli – większą część mieszkania. Wszystko przykrywała gruba warstwa kurzu. W kuchni zepsute mięso i wędliny dosłownie wylewały się z lodówki. Proboszcz, którego obowiązkiem było przygotowanie dla mnie mieszkania, wydawał się być tym wszystkim wielce zdziwiony. Mieszkanie składające się z dwóch pokoi, łazienki i kuchni – od ponad roku stało puste. Wcześniej zajmował je starszy kapłan – dziwak, będący rezydentem w miejscowej parafii. Księża w podeszłym wieku, na emeryturze, czujący się jeszcze na siłach – mogli pracować na parafiach jako rezydenci na przysłowiowe pół etatu. Ten starszy kolekcjoner gazet po paru latach takiej rezydentury, któregoś pięknego dnia wsiadł w pociąg i wyjechał „w świat” nie mówiąc nikomu ani słowa. Wracając do niezręcznej sytuacji – jedno było pewne – nie mogłem wprowadzić się na plebanię, a więc nie mogłem także pracować. Wynajęci ludzie znieśli z samochodu do piwnicy moje rzeczy, a ja ustaliłem z ks. Jarema, że wracam za trzy dni kiedy mieszkanie będzie puste i czyste.

Ten pierwszy dzień w nowej parafii trochę podkopał moją, i tak zachwianą, wiarę w proboszczów. Byłem podłamany tym bardziej, iż czekała mnie jeszcze przeprowadzka z piwnicy na drugie piętro. Ks. Jarema był tak zauroczony swoim nowym Passatem sprowadzonym bez cła – na parafię, że zdawał się nie zauważać żadnego problemu. „Pierwsze koty za płoty” – pomyślałem i po kilku dniach wróciłem do Aleksandrowa pełen otuchy. Wprowadziłem się w końcu do jednego pokoju (drugi był zagracony i zamknięty na klucz) i zacząłem nowe, wielkomiejskie życie księdza.

Zanim przejdę do opisu swojej nowej placówki, chciałbym najpierw scharakteryzować parafię w której mieszkałem i pozostałych lokatorów miejscowej plebanii. Macierzysta parafia Św. Rafała była kilkakrotnie większa od naszej, a jej cechą szczególną było to, iż miała dwie połączone ze sobą świątynie oraz proboszcza biznesmena – małego, grubego człowieczka o przenikliwym spojrzeniu. Jedno z drugim zresztą poniekąd się łączyło. Ksiądz prałat Hedoniusz Bogacki był prawdziwym człowiekiem czynu. Kiedy nastał w Aleksandrowie postanowił jak najszybciej dać upust swojej inwencji i geniuszowi. W krótkim czasie dostawił do boku już istniejącej świątyni – drugą większą. Tym sposobem na Mszach Św. część ludzi stała twarzą do ołtarza, a część – bokiem. Równocześnie z Kościołem, krewki proboszcz wybudował ogromną plebanię o wielkości dwóch połączonych bloków mieszkalnych. Wnętrza obiektów wyłożył marmurami i drewnem; w podziemiach wybudował garaże. Kupił sobie najnowszego mercedesa, a wszystkie te dobra ogrodził wysokim murem.

W międzyczasie ks. prałat zajmował się interesami, tzn. odzyskał wszystkie dobra kościelne, które były do odzyskania, a było ich niemało – niemal połowa centrum Aleksandrowa należała kiedyś do Kościoła. Ks. Bogacki, ogłosił przetarg na wynajem kilkunastu budynków, jednocześnie budując cały szereg nowych – również do wynajęcia. Ubolewał często, że prawo kościelne zabrania księżom aktywnego prowadzenia interesów, bo wtedy „wyciągnąłby” z tego wszystkiego o wiele więcej. Ktoś zapyta – z czego finansował swoje przedsięwzięcia? Parafia, choć jedna z najbogatszych w diecezji nie przyniosłaby w tak krótkim czasie, tak olbrzymich dochodów. Pomysłowy kapłan aby zbudować swoje imperium w genialny wręcz sposób uwzględnił trudną sytuację zaopatrzeniową w latach 80-tych i maksymalnie, na niespotykaną skalę, wykorzystał ogromne ilości darów z zachodu, które wówczas zalewały wprost Kościół w Polsce. Dzięki swoim plecom w kurii biskupiej miał do nich dostęp nieograniczony. Wielu proboszczów zrobiło własne i kościelne interesy na darach, ale ks. Bogacki prześcignął chyba wszystkich. Sam w swoich wypowiedziach nie ukrywał zaradności z jaką obracał różnymi deficytowymi towarami. Za to, co wstawiał do hurtowni, sklepów i co przez podstawionych ludzi sprzedawał na bazarach – kupił wszystkie materiały budowlane. Nie wspominał jednak, iż równocześnie na wszelkie możliwe sposoby, na te same cele, wyciągał pieniądze od wiernych. Parafianie, którzy pracowali na budowach, łącznie z fachowcami, w formie wynagrodzenia dokarmiani byli z darów prałata. U niego nigdy nic nie było za darmo i nic się nie marnowało. Cóż mogło go obchodzić to, że ofiarodawcy z zagranicy przekazywali swoją pomoc ludziom biednym i chorym czyli najbardziej potrzebującym, którzy nie zawsze mogli przyjść na „dniówkę” do prałata. Lokale wynajmowane przez niego należały do najdroższych, a sam właściciel słynął z bezwzględności przy zbieraniu czynszu; dzień zwłoki nie wchodził w rachubę. Kiedy dary się skończyły, ks. Bogacki miał ich jeszcze na długo pod dostatkiem. Kiedy skończyły się naprawdę – do prac wykończeniowych zatrudniał na czarno Rosjan, którzy runęli wtedy do Polski przez otwartą granicę.

Ks. prałat, jak już wspomniałem, słynął z tego, iż nie przepuścił żadnej okazji aby dorobić trochę do tacy. Kiedy już dokończył wszystkie inwestycje bez złotówki długu, zaczął zarabiać ogromne pieniądze. Z moim proboszczem obliczyliśmy kiedyś, że prałat wyciągał grubo ponad 400 min miesięcznie – z tego mniej więcej jedną czwartą z pensji proboszcza, a pozostałą lwią część z tytułu dzierżawionych budynków. Do tego dochodziło ok. 50 mln miesięcznie, które zbierał na tacę, a drugie tyle dostawał z wszelkich podatków cmentarnych, tj. od placów, pomników, ekshumacji; za haracze pobierane od innowierców grzebiących swoich zmarłych na katolickim cmentarzu itp. W przeszłości ten geniusz finansjery przebywał kilka lat na parafiach za granicą – w Anglii i Holandii. Mając tam liczne znajomości i koneksje – przy każdej okazji odwiedzał swoich dobroczyńców, zamożnych zachodnich duszpasterzy, którzy wspierali „biedującego Hedoniusza”. Nawet wyposażenie swoich Kościołów, łącznie z ławkami i komżami dla ministrantów, ks. prałat kompletował za granicą. Jako biedny księżulo z biednej Polski, wysyłał do różnych instytucji na całym świecie prośby: „o wsparcie duchowe i MATERIALNE dla powstającego ośrodka duszpasterskiego w Aleksandrowie”. Pieniądze płynęły ze wszystkich stron, jednak w miarę, jak mnożyły się i rosły źródła dochodów – rosła też chciwość kapłana. Na plebanii, którą wybudował, zajmował kilka ogromnych salonów na dwóch kondygnacjach. W paru pokojach nikt nigdy nie był, nawet jego gospodyni tam nie sprzątała. Oryginalne – antyczne meble, skórzane kanapy i fotele, marmur, boazerie, najnowocześniejszy sprzęt elektroniczny – to tylko część ubóstwa, którym otoczony był prałat. Podobno za same obrazy Kossaków i innych sławnych malarzy, które sam widziałem w jego mieszkaniu – można by wybudować… kilka Kościołów. Pozostałych pięciu księży (w tym dwóch proboszczów) ulokował w małych, dwupokoikowych mieszkankach, a resztę plebanii wynajął na szwalnię i gabinet lekarski.

Według najnowszych wiadomości, jakie przychodzą do mnie z Aleksandrowa, ks. prałat wynajął także na plebanii kilka mieszkań dla świeckich rodzin, m.in. na miejsce trzech księży, którzy się wyprowadzili. Jest to przypadek nie mający chyba swojego precedensu w polskich parafiach – aby rodziny z dziećmi mieszkały pomiędzy księżmi, a na podwórzu plebanii suszyły się sznury pieluch – ale czego się nie robi dla pieniędzy! Ks. Bogacki był gotów zrobić i zrobił znacznie więcej.

Całymi dniami i wieczorami myślał nad nowymi źródłami dochodu. Jako jeden z pierwszych księży w Polsce, zaczął sprowadzać samochody bez cła na parafię (swoją i inne). Robił to, jak wszystko na skalę masową. Sprowadzał wozy warte nieraz parę miliardów i po krótkim czasie – nielegalnie – sprzedawał z dużym zyskiem różnym firmom i osobom prywatnym. Kiedy mieszkałem w jego parafii (w ciągu roku) sprowadził i sprzedał w ten sposób kilka samochodów, w tym jeden autokar-mercedes – dla prywatnej firmy przewozowej ze Zgierza. Dla siebie był znacznie „skromniejszy” – do swojej stajni zakupił najnowszy model jeepa Opla Frontierę.

24
{"b":"89378","o":1}