ЛитМир - Электронная Библиотека

CZĘŚĆ 2 ŁOWCA TAJEMNIC

Dwoje ludzi patrzy na to samo, a widzi dwie różne rzeczy – oto niezgłębiona tajemnica ludzkiej duszy. Zdarzyło Warn się kiedyś coś podobnego? Mnie przydarza się dosyć często. Zazwyczaj z Indianami, ale ostatnio na kanapie w salonie.

Oglądaliśmy właśnie pewien fascynujący program w telewizji. We dwoje, plus lampka wina, świece… romantico. Wtem, zupełnie niespodziewanie, ona mówi:

– Zgaś ten chłam.

W takich chwilach nie warto dociekać, dlaczego mój interesujący program to dla niej „chłam”. Takie dociekanie zajęłoby wiele godzin i najprawdopodobniej zakończyłoby się w punkcie wyjścia – w dodatku furiso – a do końca programu zostało przecież tylko kilka minut… no może dziesięć. Dlatego lepiej jest zagrać na czas – zamiast od razu zmieniać kanał, można zapytać na przykład:

– Czy leży z nami pilot?

(Chwilę wcześniej trzeba pilota dyskretnie wsunąć między poduszki.)

* * *

Z Indianami jest podobnie – w wielu sprawach nie da się dociec, o co im właściwie chodzi, ani dlaczego myślą inaczej niż my. Mimo to warto próbować. Zajmuje to wprawdzie mnóstwo czasu i najczęściej kończy się w punkcie wyjścia – w stanie głębokiego frustrado – ale może przynieść sporo pożytku. Nawet gdy ostatecznie nie zrozumiemy, dlaczego Indianie postępują tak, a nie inaczej, dobrze jest przynajmniej wiedzieć, jak się w danej sytuacji zachowają.

Taka znajomość mechanizmu działania, bez znajomości jego przyczyny, bywa użyteczna Wyobraźcie sobie przegrzany reaktor atomowy, który grozi wybuchem. Nie wiadomo, dlaczego się przegrzał, ale wiedząc jak działa, można go w porę wyłączyć.

A teraz wyobraźcie sobie grupę poddenerwowanych Indian z dzidami w dłoniach. Stoją dookoła – a my pośrodku – i możemy ich albo jeszcze bardziej zdenerwować, albo jakoś udobruchać. Dobrze jest wówczas wiedzieć, jak działa indiańska dusza. Jak oni myślą. Jak zareagują. Jak, jak, jak – „dlaczego” jest kwestią drugorzędną.

Posłuchajcie…

RAJ NA ZIEMI

Było to w jednym z krajów, które nazywa się „republikami bananowymi”. Trudno powiedzieć dlaczego, skoro ich ustrój polityczny, bardziej niż republikę, przypomina krwisty befsztyk, natomiast ekonomia opiera się nie o uprawę bananów, lecz o pomoc humanitarną i pożyczki z zagranicznych banków. Tak czy owak, było to w jednej z republik bananowych. Tyle że bardzo daleko od jej centrum. Kilka kroków w złą stronę i człowiek (nic o tym nie wiedząc) nielegalnie przekraczał granicę, naruszając terytorium sąsiedniej republiki.

Mieszkańcy tej okolicy nie bardzo orientowali się, że są obywatelami jakiegoś państwa. To państwo zresztą nie miało im tego za złe. Ono samo nie bardzo orientowało się, że ma obywateli na terenach, gdzie nie ma nic, poza bezużytecznym lasem podzwrotnikowym i tym wszystkim, co taki las wypełnia – florą, fauną, płucami świata, a w praktyce głównie gorącym powietrzem nadziewanym insektami.

Terry Pratchett pisał o takiej ziemi w sposób następujący:

Okolica miała to szczególne piękno, które zachwyca tylko wtedy, gdy można je opuścić po krótkiej chwili podziwu i odjechać w inne miejsce, gdzie znana jest gorąca kąpiel i zimne drinki. Pozostawanie tutaj przez dłuższy czas mogło być tylko pokutą. '[przypis: „ „Świat Dysku”, wyd. polskie Prószyński i S – ka, tłum. Piotr W' Cholewa.]

Ja z kolei myślałem zupełnie na odwrót – uważałem, że to raj na ziemi i chciałem pozostać w nim jak najdłużej.

Ot, kolejna tajemnica ludzkiej duszy.

* * *

Indianin wisiał w hamaku na przyzbie i jak co dzień nic nie robił.

A dookoła niego rosła sobie bujnie bieda. (Właściwie lepiej byłoby napisać BIEDA – taka była wielka.)

Chałupa, którą ulepił z gliny dawno temu, przechyliła się i nieuchronnie zmierzała ku upadkowi…

– Ale przecie jeszcze stoi – powiadał Indianin – więc na razie nie ma co naprawiać.

Dookoła niego orbitowało stadko głodnych prosiaków. Były bardzo czujne – gotowe rzucić się ze smakiem nawet na niedopałek papierosa albo papierek po cukierku. Stadko składało się w przeważającej części z łaciatej skóry i kości. A kości te sprawiały wrażenie, jakby lada chwila miały się przebić na zewnątrz…

– No bo te świnie są straśnie leniwe i nic sobie nie umią znaleźć do żarcia – objaśniał Indianin.

– To może byś im sypnął garść kukurydzy? – zapytałem pewnego razu.

– Świniom dawać jeść? – oburzył się i zdziwił jednocześnie. – Wy Biali to zupełnie pojęcia nie macie o zasadach gospodarki hodowlanej. Świnie nie są po to, żeby je człowiek karmił, tylko na odwrót – zakończył dyskusję.

Ton jego głosu przywodził na myśl brodatych proroków i boże przykazania.

Poza stadkiem świń, Indianin miał także dwie kury, żonę i gromadę dzieci, które składały się głównie z ogromnych oczu oraz żył i ścięgien – ani grama tłuszczu.

W Europie takie dziecko zostałoby prawdopodobnie odebrane rodzicom i w trybie pilnym podłączone do kroplówki Na szczęście w republikach bananowych nikt nie robi takich rzeczy Sądząc po poziomie radosnego hałasu, jaki potrafiły wytworzyć, dzieciaki były po pierwsze szczęśliwe, a po wtóre, mimo biedy, czerpały mnóstwo energii ze słońca albo innych tajemniczych źródeł Zęby miały zdrowe, cerę ogorzałą, włosy gęste, ubrania podarte, gęby umorusane i ZAWSZE roześmiane od ucha do ucha.

Reasumując:

– Gliniana chałupka kryta strzechą z palmowych liści.

– W tej chałupce kilkunastoosobowa rodzina plus inwentarz.

– Dookoła tropikalny las i przemożna bieda.

A Indianin, zamiast ruszyć do jakiejś roboty, całymi dniami wisi w hamaku!

* * *

– Do roboty? A po co? – pytał szczerze zdziwiony.

– Jak to po co? Żeby dzieciom kupić coś do jedzenia.

– Nie warto. Jedzą i jedzą, a i tak są zawsze głodne Dzieci się nigdy nie udaje napełnić Po prostu muszą z tego wyrosnąć.

– Z głodu się nie wyrasta!

– Ja wyrosłem. Nic mi się nie chce – nawet jeść No więc i one wyrosną, ale na to nie trza jedzenia, tylko CZASU – zakończył znanym mi już tonem proroka.

Jego filozofia życiowa zbudowana była przede wszystkim z żelaznej logiki Poukładana w ciasną pryzmę Wewnętrznie spójna w stopniu doskonałym, poziom komplikacji i finezji miała mniej więcej taki jak kowadło Nie umiałem jej niczym podważyć. Ale wciąż niestrudzenie próbowałem.

– No a jakbyś na przykład wyhodował więcej świń, no i może przynajmniej odrobinę bardziej tłustych niż te tutaj, to mógłbyś którąś sprzedać i zarobić.

– A po co? zapytał i odpowiedział jednocześnie.

Czułem, ze mój zdrowy rozsądek został powalony na łopatki i rozpoczęło się odliczanie.

– Pieniądze mi szczęścia nie kupią – dodał po chwili. – I w ogóle w naszej okolicy są mało praktyczne. Wszystko czego człowiekowi potrzeba rośnie sobie dookoła – pokazał palcem w kierunku lasu, niewielkiego zagonu kukurydzy oraz niewysokiej palmy, na której dojrzewały właśnie dorodne papaje [przypis: Indianin nie zasadził tego drzewa Wyrosło samo z przypadkowo upuszczonej pestki Pestkę tę zgubił pewien tukan który przelatywał tędy w drodze do Gwatemali Kiedy ją upuścił zaskrzeczał żalem truk truk jak to zwykle robią tukany Kilka minut po/niej niespodziewanie dla wszystkich w okolicy rozpętała się potężna burza z piorunami. Siekący deszcz wbił pestkę w ziemię dzięki czemu nie znalazły jej ani świnie ani kury ani dzieci i mogła się w spokoju zając kiełkowaniem.]

– Buty nie rosną. Trzeba kupić.

– A po co? Nigdy nie miałem butów i jakoś nie krzywduję. A dzieciaki tez nie lubią chodzić inaczej jak na bosaka Buty je piją w stopy.

Z butów wycofałem się bez żalu, bo rzeczywiście w klimacie podzwrotnikowym nie były towarem pierwszej potrzeby.

– No to byś sobie może radio kupił? Lubisz muzykę?

– Sąsiad ma. Ten co mieszka za polem Puszcza na cały regulator i ja tu świetnie słyszę jak charczy.

– Naprawdę nie ma nic, co chciałbyś mieć? – zapytałem kilka dni później (wypróbowawszy wcześniej wszystkie możliwe przedmioty i usługi dostępne za pieniądze). – Niczego ci nie brakuje?

– Czasu.

– Jak to czasu? Przecież całe dnie nic nie robisz, tylko wisisz w hamaku.

– A ile jeszcze tak powiszę, he?

– A co to za różnica?

– Widzisz, gringo, dla mnie szczęście jest wtedy, gdy mogę sobie wisieć w hamaku i nic nie robić. Im dłużej, tym lepiej. Nic nie boli, nie nagli, nic nie czeka. Nikt nie woła. Brzuch nie burczy, ze chce jeść; żona nie burczy, że chce, żeby jej coś zrobić. Moje szczęście to ta spokojna chwila, która właśnie trwa: nikt i nic niczego ode mnie nie chce, nie trzeba się wysilać, martwić, nigdzie iść.

– Wy Biali – dodał po chwili namysłu – znajdujecie swoje szczęście w ruchu, a my w bezruchu. Wy ciągle musicie coś zmieniać, porządkować, ulepszać, a my poszukujemy stanu ukojenia… I kiedy go znajdziemy, to wolimy się nie poruszać, żeby czegoś nie zepsuć.

Po tych słowach Indianin wisiał kwadrans w milczeniu, a ja mu nie przerywałem – bardzo chciałem, żeby podsumował przemowę jedną z tych swoich profetycznych sentencji. No i nie zawiódł mnie:

– Dla ciebie, gringo, ten mój hamak jest pełen nudy. Dla mnie to raj na ziemi. [Przypis: Raj na ziemi wisiał w powietrzu Między dwoma drewnianymi słupkami.

Z powodu przetartego sznurka, ten stan miał się wkrótce zmienić Takie momenty jedni nazywają bolesnym rozczarowaniem , inni mówią po prostu Aaał!]

– A o czym myślisz, kiedy tak wisisz w hamaku i patrzysz na ten piękny zachód słońca przed nami?

– Nie myślę. Tylko patrzę.

Przerwał, zastanowił się chwilę, a potem dodał:

– I to jest właśnie to, czego ty, gringo, nie potrafisz robić… Ani nawet zrozumieć.

Miał rację – nie potrafiłem.

11
{"b":"89442","o":1}