ЛитМир - Электронная Библиотека

Oczywiście odporność Paragwajczykow na cholerę może się brać także z właściwości leczniczych Palo Santo – tylko w Paragwaju robi się guampy z tego drewna. W Brazylii, Argentynie i Urugwaju – z tykwy lub metalu.

MORAŁ:

Na koniec, kiedy przelało się już tyle wody, ze matę straciła smak, trzeba opróżnić guampę Robi się to zawsze na ziemię! Nigdy do śmietnika, zlewu, ubikacji itp. Nigdy!

Tak jak pierwsze zalanie było dla św. Tomasza, tak ostatnie musi być para Pachamama – dla Matki Ziemi To ona rodzi i daje ludziom w darze święte ziele – Yerba Matę Indianie zawsze pamiętają o Bogu. We wszystkich najbardziej zwykłych czynnościach dnia codziennego. Znali Boga na długo przed przybyciem Łowców Chrztów I szanują go bardziej niż mieszkańcy krajów, z których Łowcy Chrztów pochodzą.

MACZETA

Hiszpańskie słowo machete (wym. maczete) oznacza duży, ciężki nóż z rozszerzoną klingą używany na przykład do cięcia trzciny cukrowej i wyrąbywania ścieżek w buszu. Na przykład, ponieważ mieszkańcy Ameryki Łacińskiej posługują się maczetami bez przerwy i potrafią nimi wykonywać bardzo wiele różnych czynności – od obcinania paznokci do obcinania głów, od dłubania w zębach, do naprawy precyzyjnego teleskopu (zdarzyło się naprawdę – w polskiej stacji astronomicznej w Chile).

Maczetą jest dla Latynosów tym, czym dla Europejczyka szwajcarski scyzoryk – narzędziem do wszystkiego.

Tylko że oni są macho, więc taki maty scyzoryk wydawał im się… delikatnie mówiąc, niemęski. Przyznajcie sami – przypięty do paska nie wygląda imponująco; dynda smętnie i przypomina coś zupełnie innego. Za to maczetą jest macho bez względu na to, przy czyim pasku wisi

* * *

A skąd się wzięła maczeta?

Powstała na drodze ewolucji.

Nie żartuję. Hiszpańscy konkwistadorzy przyjechali „odkrywać” Amerykę z szablami w dłoniach. Wkrótce potem okazało się, że szabla to bardzo poręczne narzędzie nie tylko do zabijania, lecz także do eksploracji tropikalnych lasów, karczowania i uprawy roli oraz wielu innych prac gospodarskich. Tylko po co zaraz robić takie robocze szable z przedniej stali, skoro można ze zwykłego żelaza. I po co przepłacać płatnerzowi, skoro to samo równie dobrze wykona zwykły kowal.

Tak właśnie powstała maczetą – dzisiaj najbardziej popularne narzędzie w Ameryce Południowej i Środkowej. Stosowane także u nas w leśnictwie, do robienia przecinki, oraz w ogrodnictwie.

Pewnie dlatego pod koniec lat 90. XX wieku słowniki dopuściły spolszczoną wersję i zamiast machete mogę już teraz swobodnie pisać maczetą dodając wszystkie polskie końcówki.

TAM, GDZIE KOŃCZY SIĘ MAPA

Od miesiąca szukam Indian w odległym kawałku dżungli. Jestem gdzieś między Kolumbią a Peru – dokładnie nie wiadomo, bo właśnie „skończyła się” mapa. W żargonie podróżników oznacza to, że dopływ rzeczny, w który kierujemy nasze czółno, nie został uwzględniony przez kartografa. Na mapie pusta zielona plama, bez żadnych dodatkowych oznaczeń, a w naturze kolejny ciek wodny – na jego końcu mogą być Indianie.

Szansa na spotkanie jest niewielka. Te plemiona, które wciąż jeszcze żyją w stanie dzikim, ocalały tylko dlatego, że skrupulatnie unikają kontaktu. Oni nas zobaczą na pewno – jeżeli tam w ogóle są – ale my ich… bardzo wątpię. Mimo to płyniemy.

Płyniemy.

I płyniemy.

Cały… czas.. płyniemy…

…wciąż jeszcze płyniemy…

…ups!

A teraz już nie płyniemy.

Ośmiometrowa piroga utknęła. Na dobre. Zrobiło się zbyt wąsko i kręto – jest za długa i dalej nie mieści się już w zakrętach. Poza tym jest coraz mniej wody. Od jakiegoś czasu nie płynęliśmy na wiosłach, tylko odpychając się kijami lub ciągnąc za gałęzie i liany wiszące nad naszymi głowami.

Wracamy? – bardziej oznajmia niż pyta jeden z przewodników.

To byłoby takie proste – wystarczy się przesiąść twarzą w tył – nawet nie trzeba odwracać łodzi. Ale szkoda mi wielodniowego wysiłku, bo może tam jednak są jacyś Indianie. W dodatku Dzicy.

– Wysiadamy i idziemy dalej na piechotę1 – odpowiadam i natychmiast zaczynam wykonywać to, co powiedziałem.

Tego typu polecenia trzeba wydawać stanowczym głosem i energicznie wcielać w życie. Nie wolno pozostawiać miejsca na wahanie i wątpliwości. W przeciwnym razie, moi przewodnia' mogą się zbuntować.

* * *

To tez Indianie. Tylko trochę bardziej cywilizowani od tych, których szukam. Ubierają się w szorty i koszulki, używają brom palnej, latarek na baterie i nylonowych sieci, ale ich jedynym domem i jedyną żywicielką jest nadal tropikalna puszcza. Tu się urodzili i tu umrą – to ich świat. Ich jedyna ojczyzna. Pacbamama.

Ich owszem, ale moja nie. Jeżeli się zbuntują – zostawią mnie tu samego, a wtedy nie mam najmniejszych szans ratunku W” kilka chwil znikną w gąszczu. Bez śladu1 Bo oni nie zostawiają śladów Chyba że sami tego chcą.

Znają dżunglę, tak jak ja znam układ pokoi w moim domu Trafiają wszędzie bez trudu i nic złego ich tu nie zaskoczy Znają tez język hiszpański (trochę) oraz (płynnie) kilka indiańskich na – rzecz\ popularnych w okolicy Są moimi tłumaczami, tragarzami i ruchomą spiżarnią. (Na wyprawę łatwiej zabrać myśliwego, kule i proch niż dwumiesięczny zapas żywności) Poza tym pełnią rolę aniołów stróżów. [ Przypis: Oni sami określają to słowem mamka któremu zawsze towarzyszą tłumione chichoty i uszczypliwe komentarze kierowane pod adresem naszego Autora [przyp. tłumacza]]

Codziennie, choć najczęściej o tym nie wiem, ratują mi życie – omijają niebezpieczeństwa, których sam nigdy bym nie dostrzegł.

Czasami mi je pokazują:

A to jakaś mała kolorowa ząbka, która strzyka kwasem I jak trafi w czyjeś ciekawskie oko, to staje się ostatnią rzeczą na którą człowiek patrzył.

A to jadowity pająk, który skacze na ludzi. Najchętniej na czubek głowy, albo za kołnierz. I oczywiście staje się ostatnią rzeczą, która na nas skoczyła.

A to sprytnie ukryte pod gałęzią gniazdo szerszeni, które właśnie mieliśmy, przez nieuwagę, strącić ramieniem. (W porównaniu z resztą towarzystwa szerszenie są właściwie niegroźne – to, w co ugryzą, po prostu strasznie boli i puchnie. Chyba że dopadnie nas kilkanaście szerszeni na razzzzz.) Najlepsza rada, kiedy atakują, to skakać do wody.

A w wodzie czekają kolejne atrakcje: płaszczki z trującym kolcem, piranie z zębami jak żylety, węgorz elektryczny (350V)…

* * *

O nie! Zdecydowanie nie mogłem pozwolić, żeby moi przewodnicy zwątpili w to, że wiem co robię i dokąd zmierzam.

– Zostawiamy łódź – powiedziałem zarzucając sobie plecak na łamię – i idziemy wzdłuż strumienia. Tam na końcu JEST wioska Dzikich!

Tym razem – całe szczęście – naprawdę była. [Przypis: A o innym razie – kiedy wioski nie było – opowiemy innym razem. Ta książka ma być pouczająca i WESOŁA, a tamta historia kwalifikuje się do kategorii bardzo pouczających, ale zupełnie nieśmiesznych. Nawet po kilku latach, kiedy człowiek już ochłonął, nabrał odpowiedniego dystansu do niemiłych wydarzeń i bard/o chce |e opowiedzieć w taki sposób, żeby przynajmniej w oczach słuchaczy wyjść na bohatera.]

Posłuchajcie…

DALEKO W DŻUNGLI

Wyprawa pełną gębą zaczyna się dopiero wówczas, kiedy piroga pozostaje na końcu strumienia, a my ruszamy dalej na piechotę. Z przodu machetero sprawnymi uderzeniami karczuje szlak przez puszczę. Przy okazji odpędza pająki, węże i małe kolorowe żabki.

Z tyłu maszeruje portem – tragarz. Jest tak obładowany, że powinno go wgnieść do pasa w błoto, a jednak jakoś idzie i nawet nie stęka.

Pośrodku tej małej karawany ja, czyli gringo.

Daleko przed nami, a może w tej chwili gdzieś z boku lub z tyłu, krąży jeszcze myśliwy w poszukiwaniu kolacji.

I tak przez cztery długie dni. Romantyczne, prawda?

* * *

W książkowym opisie i we wspomnieniach; w opowieściach snutych przy kominku – wtedy to nawet bardzo romantyczne. Natomiast kiedy się tam jest – no cóż… – na miejscu wszelki romantyzm sytuacji przesłaniają sprawy o charakterze raczej pospolitym niż wzniosłym. Różne takie nie cierpiące zwłoki. [Przypis: No i po co ten imiesłów? Zwłok) właśnie na tym polegają, ze nie cierpią. Jeżeli już, to robią to ZANIM staną się zwłokami, [przyp. tłumacza] Bardzo Państwa przepraszam – tłumacz czasami wymyka nam się spod kontroli To dlatego ze jest tylko tłumaczem, a nie Autorem i to go trochę szczypie w ego. [przyp. Autora]

Na przykład swędzenie. Takie, które trzeba natychmiast podrapać, bo inaczej się od tego zwariuje. A jednocześnie drapać nie wolno, bo pod naszymi paznokciami czyhają brud, smród i paciorkowce.

Albo pleśń na skórze w miejscach, gdzie przebiegały paski od plecaka. Kleszcze, wczepione tam, gdzie wzrok nie sięga, więc nie da się ich pousuwać samodzielnie – trzeba poprosić o pomoc któregoś z towarzyszy podróży. (A potem wypada mu się jeszcze odwzajemnić.)

Pamięć ludzka działa jak detergent – wypiera ze wspomnień wymienione przed chwilą prozaiczne prawdy, a pozostawia tam jedynie zgrabną osnowę wydarzeń. Z grubej, zgrzebnej tkaniny – z której można by szyć wory pokutne – pozostaje zaledwie muślinowy woal, zwiewny i romantyczny tiul. Wybielona firanka w miejscu, gdzie oryginalnie wisiała żelazna kurtyna.

Rzeczy takie jak świergot cykad, śpiew ptaków, gonitw)' małp, zapachy leśnych ziół, kolory motyli o skrzydłach wielkich jak patelnie – to wszystko i jeszcze dużo więcej dodaje się do tej muślinowej osnowy dopiero po powrocie. Opowieść tka się kawałek po kawałku z różnych oderwanych nitek. Zbieraliśmy je starannie przez całą drogę i upychaliśmy po kieszeniach pamięci właśnie w tym celu – żeby ubarwić półprzeźroczysty tiul, żeby je potem wpleść w tych miejscach, w których nam zabraknie tła – i wtedy Opowieść zaczyna wyglądać romantycznie. Prezentuje się jak arras.

19
{"b":"89442","o":1}