ЛитМир - Электронная Библиотека

Człowiek przez całe swoje życie paple. I wygaduje tyle różnych bzdur… Muszę wziąć przykład z Indian – mniej słów, a więcej znaczących dźwięków, których nie słychać. Więcej ciszy… która mówi.

MORAŁ:

Słuchajcie ciszy… Usłyszycie Mądrość. Odnajdziecie Spokój. Właściwy dystans do spraw, ludzi i przedmiotów. Znajdziecie czas, którego Warn brakowało. Słuchajcie ciszy I mówcie ciszej. Ciii… Sza!

ŁOWCY MOTYLI

Znawcy tematu twierdzą – wyjątkowo zgodnie – że najpiękniejsze motyle żyją w Puszczy Amazońskiej. Chyba mają rację – widziałem ich już tyle (motyli, nie znawców), a zawsze jestem na nowo zachwycony. Tubylcy zresztą też – wielokrotnie byłem świadkiem, jak Indianie zatrzymywali czółno, żeby popatrzeć na taniec motyli nad wodą. I trwali tak, oczarowani, dobre kilka minut. Ich twarze, o dzikich rysach i kolorze ciemnej miedzi, przybierały wtedy ten sam wyraz, który maluje się na twarzach osób zwiedzających ekspozycje motyli w Muzeach na całym świecie – rodzaj oniemiałego niedowierzania, że to wszystko prawdziwe, że naturalne, że nikt nie podmalował skrzydełek…

W Europie i Stanach Zjednoczonych są kolekcjonerzy gotowi płacić ciężkie pieniądze za odpowiednio spreparowane rzadkie okazy. To niezły zarobek, więc zawsze mnie ciekawiło, w jaki sposób motyle z dżungli trafiają potem do wystawienniczych gablotek? Kto je łapie? I jak to robi?

Posłuchajcie…

POLOWANIE Z SIATKĄ

Jeśli chodzi o gatunki nocne, nie stanowi to większego problemu: Na kawałku otwartej przestrzeni – a więc nad brzegiem rzeki albo na środku indiańskiej wioski lub karczowiska – rozpina się pionowo gęstą siatkę. Za siatką umieszcza się mocne źródło światła (wystarczy porządna latarka) i czeka – owady przylatują same. Wybiera się je na bieżąco, robiąc przy tym pierwszą selekcję. Każdy okaz można dokładnie obejrzeć jeszcze przed złapaniem, więc jest okazja powybrzydzać.

Bardzo pięknie, ale jak złapać motyle, które w nocy śpią?

Tradycyjna siatka na kiju raczej odpada, bo większość interesujących nas gatunków żyje wysoko w koronach drzew. Cały dzień przebywają pośród słońca, kwiatów i świeżego powietrza, czyli wiele metrów nad ziemią. Wleźć tam jest bardzo trudno.

Oczywiście robi się takie rzeczy (na przykład po to, by filmować małpy), ale do tego potrzebny jest sprzęt wspinaczkowy. No a potem co? Kamera ma teleobiektyw, więc można się za jego pomocą do małpy „przybliżyć”, ale siatka na motyle ma tylko kij. Trzeba by godzinami czatować w jednym miejscu, aż coś zechce do nas podlecieć, bo przecież człowiek nie małpa i skakać za motylem z drzewa na drzewo nie potrafi.

W tej sytuacji można by machnąć ręką na gatunki wysokościowe i skupić się na tych przyziemnych, ale przy ziemi wcale nie jest łatwiej. Dżungla to nie park miejski – jest gęsta. Za pierwszym razem człowiek ma wrażenie, że spaceruje wewnątrz żywopłotu. A jeżeli ma przy sobie siatkę na motyle, to dość szybko przestaje spacerować i tkwi zablokowany w chaszczach.

Jak więc oni je łapią? Bo przecież jakoś łapią, prawda?

Robią to w sposób… naukowy:

Najpierw trzeba zbadać (czyli np. zaobserwować przez lornetkę), co dany motyl (może być wysokościowy – obojętne) lubi. Co jada na śniadanie, czym się interesuje i jak to p a c h n i e. Bo motyle myślą powonieniem.

Następnie trzeba to wszystko odtworzyć, w postaci silnię pachnącego koncentratu. Powstaje „donośna” iluzja, którą mają zwęszyć motyle unoszące się wysoko nad naszymi głowami.

Odbierają sygnał, że gdzieś tam na dole, w piekle dżungli, otwarto motyli odpowiednik raju na ziemi. Przybywają więc, z całej okolicy. Zwiedzione zapachową fatamorganą, otumanione wizjami niebywałej uczty czy orgii. Wbrew instynktowi sfruwają na mroczne dno lasu…a my wtedy… podchodzimy po cichutku… na paluszkach… A potem… niespodziewanie… CAP JE W SIATKĘ!

Do tego miejsca, była to znana wszystkim łowcom motyli t e o r i a. Którą, mało kto potrafi zastosować w praktyce, bo praktyka jest – oględnie mówiąc – zniechęcająca:

• Najpierw godzinami… dniami… tygodniami… wisimy na linie, podwieszeni na szczycie najwyższego drzewa w okolicy, skąd, za pomocą lornetki, śledzimy ruchy interesującego nas gatunku motyla.

• Potem wspinamy się na wszystkie sąsiednie drzewa, aby pozrywać te kwiatki, lub owoce, na których delikwent siadał najczęściej.

• Następnie poddajemy nasze zbiory analizie chemicznej i zapachowej, co w warunkach dżungli nie jest łatwe.

• I wreszcie syntetyzujemy eliksir, który ma imitować wszystko, o czym motyl marzy, ale boi się do tego przyznać. Większość łowców rejteruje właśnie w tym punkcie – nie udaje im się odpowiednia synteza i całe miesiące ich żmudnej pracy idą na marne.

Problem w tym, że nie wystarczy zgromadzić w jednym miejscu pryzmy ulubionych przez danego motyla kwiatków – on przecież takie same kwiatki ma tam na górze, więc po cóż miałby się fatygować do nas? W tej sytuacji, nasze kwiatki muszą być w jakiś sposób lepsze od tych na górze. Muszą pachnieć mocniej, słodziej, bardziej smakowicie. To musi być kwintesencja pokusy. Nieodparta. [Przypis: Coś jak zaproszenie od dziewiętnastoletniej studentki AWF – u, która pragnie nas uszczęśliwić za wszelką cenę i bez zobowiązań, a ponadto na samym wstępie wręcza nam liścik od naszej własnej żony z życzeniami: „Baw się dobrze, kochanie.”]

Kto potrafi wyprodukować coś takiego, ten zostaje królem polowania.

KRÓL POLOWANIA

Kilka lat temu spotkałem Polaka, który zaopatruje w motyle największe światowe kolekcje – a to Sorbonę, a to British Museum – wszystko za odpowiednią cenę. [Przypis: Czytaj: horrendalną! (przyp. główna księgowa* British Museum)

* Poprzednio – przez cale lata – funkcję tę piastował mężczyzna. Pewnego dnia, niespodziewanie dla wszystkich, odszedł na przedterminową emeryturę. Chwilę wcześniej trzasnął drzwiami i powiedział, że nie godzi się wypłacać TAKICH! sum za tekturowe pudełka pełne robaków i szpilek. Dla podreperowania nerwów lekarze zalecili mu dłuższy pobyt w Szkocji]. Płaczą, ale płacą, ponieważ on jeden nigdy nie wybrzydza, nie mówi, że się nie da – zawsze dostarcza, czego tylko sobie zażyczą, a oni – zadowoleni i wściekli jednocześnie – zamawiają u niego coraz rzadsze gatunki. Albo nawet takie, o których się mówi, że już wyginęły. [Przypis: Ostatnimi laty motyle zdychają jak muchy. To od morowego powietrza, które wysyłamy im z Europy i Ameryki Północnej. Jedna kropla kwaśnego deszczu na skrzydełka i po ptokach. Na szczęście większość tych deszczów do Amazonii nie dolatuje. W ramach swoistej wymiany międzynarodowej wracają do nadawców: czeskie spadają w Polsce, polskie w Szwecji, szwedzkie w Niemczech, niemieckie w Czechach, czeskie w Polsce… i tak dalej…]. Potem zaś nie mogą wyjść z podziwu, że facet łapie to, co inni jedynie oglądają na starych rycinach albo przez bardzo długie lornetki.

A najbardziej dziwią się wtedy, gdy on przywozi to, czego jeszcze nikt nigdy nie miał okazji oglądać.

Chłop ma do tych rzeczy nadzwyczajną smykałkę i w trakcie każdej wyprawy łapie kilka motyli nieznanych nauce, W dodatku w ilościach, które pozwalają opisać i zarejestrować nowy gatunek. A odkrywca, jak wiadomo, ma prawo nadać odkrytemu przez siebie gatunkowi imię…

Pierwszym kilku nadal swoje własne.

Imię, potem nazwisko, drugie imię, imię od bierzmowania, ksywkę ze szkoły… – Co by tu jeszcze? – …imię żony, dziecka, kumpla, z którym chodzi na ryby… – A teraz, eee… już wiem! – …imię kota, psa, ulubionej drużyny piłkarskiej, gatunku piwa…

– Co mówisz, kochanie? – …TEŚCIOWEJ… – Ależ oczywiście, Żabciu. Ja po prostu planowałem, że w przypadku Mamusi to będzie jakiś… bardziej dostojny motylek, ale jeżeli trzeba już teraz, natychmiast, to naturalnie, nie ma sprawy. – …a potem, jak się pewnie Państwo domyślają, twórca stracił kontrolę nad swoim dziełem.

Już nie odkrywał nowych gatunków, lecz realizował konkretne zamówienia.

Bo o „swoje” motyle przymawiali się wszyscy, którym jakoś nie wypadało odmówić. Fala roszczeń rosła i nabrzmiewała nieprzyjemnie. Ale nie zdołała przerwać tam – przeciwnie – pewnego dnia cofnęła się w popłochu. I znikła.

A było to tak, posłuchajcie…

Najpierw, w najnowszym internetowym wydaniu Katalogu motyli pojawiła się rażąca oko niekonsekwencja: niewinny i płochy z natury amator kwietnego nektaru otrzymał imię Barbara (na cześć teściowej).

Po polsku niekonsekwencji nie widać, ale przecież motyle mają nazwy łacińskie, a w łacinie Barbara pasuje bardziej do gladiatora niż do rusałki. Kojarzy się z kimś, kto z drewnianą maczugą gania po parku w poszukiwaniu marmurowych posągów. Potem utrąca im wszystkie wystające członki i leci dalej. Oczywiście nie po to, by wąchać kwiatki, ale w celu czynienia dalszego barbarzyństwa.

Rok później, w kolejnej edycji Katalogu motyli, pierwotną, prostą nazwę Barbara rozbudowano.

Stało się to konieczne, ponieważ ktoś [Przypis: Czytaj: zięć. Czytaj, ale bardzo proszę, dla dobra nauki, pod żadnym pozorem nie powtarzaj Mamusi, [przyp. Anonim]] pochwycił bliskich krewniaków motylka teściowej. Były to – mówiąc językiem przystępnym – inne wersje karoserii z tym samym silnikiem.

W konsekwencji pojawiły się nazwy pochodne: Barbara barbarus i Barbara barabara (miało być oczywiście Barbara barbara, ale ktoś zrobił błąd w przepisywaniu). Najgorsze było co, że skoro motylek teściowej przestał być jedynym znanym przedstawicielem swego rzędu, modyfikacji musiała ulec także i jego nazwa…

Uzupełniono ją o zwyczajowy w takich przypadkach człon vulgaris i wyszła z tego: Barbara vulgaris. (Bardzo adekwatne do tego, co powiedziała t., kiedy się o tym dowiedziała.)

Po tym niefortunnym wydarzeniu prośby o nadawanie motylom imion konkretnych osób ustały jak ręką odjął, a ich łowca mógł powrócić do dżungli. Tam łapie, czego inni złapać nie potrafią.

ŁOWCA ZAWODOWY

A czym nasz mistrz wabi motyle?

41
{"b":"89442","o":1}