ЛитМир - Электронная Библиотека

SUPERREWIZJA

Minęły dwa tygodnie, odkąd przybyli do Sammelstelle, a o komisji jeszcze nic nie było słychać. Komenda stacji zbiorczej korzystała z tego na swój sposób i pan pułkownik robił niezły interes na panującym chaosie. Stan ludzi doszedł do półtora tysiąca i ciągle nowi przybysze powoływali się na to, że byli przed pożarem zameldowani w kancelarii i tam oddali swoje dokumenty. Cały ten zadowolony z siebie tłum łazików, dezerterów i rekonwalescentów był najlepszym dokumentem austriackiej korupcji i bezhołowia. Po całych dniach słychać było śpiewy wypoczętych markierantów, którym się czas dłużył. We wszystkich kompaniach panował nieład, zwiększany przez pensjonariuszy, którym to było na rękę i którzy nie podzielali zmartwienia zupełnie ogłupiałych podoficerów rachunkowych, nie mogących dojść do ładu z ustaleniem stanu liczebnego.

W każdej kompanii był dowódca, ale nie widział go żaden z żołnierzy. Zresztą obecność jego nie była bardzo potrzebna, skoro nie prowadzono ćwiczeń ani wykładów. Każdy mógł robić, co mu się podobało. Korzystali z tego nasi przyjaciele i większą część dnia spędzali w mieście łażąc po knajpach. Pod koniec trzeciego tygodnia rozeszła się błyskawicznie wiadomość, że komisja będzie urzędować od jutra.

W stacji zbiorczej zaczęły więc działać “lotne komisje lekarskie”, które miały przeciwdziałać zabójczym zamiarom ministerstwa wojny i robiły to bardzo sprytnie. Z sali do sali, z pryczy na pryczę, szły słuchy o uczynności kilku medyków, którzy za pewną opłatą robili każdego niezdolnym do służby na froncie. Wielu było amatorów takich zabiegów, zabezpieczających przed niewygodną decyzją komisji superrewizyjnej. Kazali sobie oni majstrować różne pozorne kalectwa i cierpienia. Noc poprzedzająca komisję rozbrzmiewała jękami i stękaniem, które spowodowane były niektórymi dosyć bolesnymi zabiegami. Najpopularniejszym cierpieniem był reumatyzm, następnie szły choroby weneryczne, których objawy były łatwe do wywołania, szczególnie rzeżączka. Uzyskiwano ją tak, że wstrzykiwano sobie, gdzie należy, trochę mydła i wyciek trwał przez dwa dni. Dopiero badanie bakteriologiczne mogło wykazać symulację, ale w tym celu chory musiał być odesłany do szpitala. I o to głównie chodziło, bo skoro otrzymał na rękę dokument z przeznaczeniem do jakiegokolwiek szpitala, mógł zawsze wywabić na nim daty i wstawiać inne, a w ostateczności kręcić w szpitalu na swój sposób. Sprytu nie brakowało przebywającym w stacji łazikom, nie mającym ochoty walczyć o wielkość monarchii. – Nieźleśmy zawędrowali – przemówił Kania następnego dnia, stojąc w tłumie żołnierskim przed budynkiem, w którym zainstalowała się komisja superrewizyjna. – Teraz nas przepisowo jeszcze raz zaasenterują do wojska.

– Trudno – westchnął Haber. – Mogłem pójść raz, mogę pójść i drugi. Ojczyzna jest w potrzebie i nie możemy jej tej małej grzeczności odmówić. Chodźmy do środka, bo zimno.

Omówili szczegółowo sposób stawania przed komisją i ustalili swoje nazwiska, po czym weszli do ogromnej sali, zapełnionej wybladłymi i wynędzniałymi rekonwalescentami. Ci, którzy kazali sobie wywołać wczoraj różne choroby, siedzieli na ławkach bardzo osowiali i posępni.

Okazało się, że zwołana ad hoc komisja nie bierze pod uwagę żadnych chorób i każdego uznaje za zdolnego do służby na froncie.

Ojczyzna była naprawdę w wielkiej potrzebie, skoro urzędowanie komisji miało tylko jeden cel: opróżnienie stacji zbiorczej i wysłanie wszystkich na front. Kto tylko mógł stać na nogach o własnych siłach, bezapelacyjnie otrzymywał kategorię “A”.

Żołnierze wchodzili pojedynczo do obszernej izby, gdzie rozbierali się i drżąc z zimna czekali na wezwanie ich przed stół, za którym królowała wszechwładna komisja. Ogonek, pilnowany przez podoficerów ze stacji, wpełzał powoli do rozbieralni, gdzie każdy, po rozebraniu się, stał nago w rzędzie z garderobą w rękach, utrzymawszy uprzednio numer kolejny, który jeden z podoficerów pisał ołówkiem chemicznym na plecach. Kania, rozbierając się, zauważył to piętnowanie i przezornie wyjął z kieszeni chemiczny ołówek, który odtąd trzymał w garści.

Superrewizja była nędzną komedią, odgrywaną w tempie błyskawicznym.

W następnym pokoju, za pokrytym kocem stołem, siedział stary oberst w towarzystwie dwóch kapitanów landszturmu, obok stołu zaś stał w białym kitlu, ze stetoskopem w ręce, lekarz, powołany do służby w ostatnim roku wojny starowina, który zdawał sobie sprawę z poniżającej roli, jaką odgrywał. Gwiazdki, widniejące na jego kołnierzu, nie przynosiły mu radości, ponieważ okupione były świadomym, choć mimowolnym, popełnianiem zbrodni. Miał więc minę męczennika. Pułkownik rozmawiał z jednym z kapitanów, podczas gdy drugi kapitan czytał rozłożoną na stole gazetę, zerkając od czasu do czasu na przesuwający się przed stołem ogonek. Głuchawy lekarz, nie patrząc, jakby ze wstydu, w oczy badanemu żołnierzowi, wprawnym ruchem przykładał mu stetoskop do piersi, nasłuchiwał dwie sekundy, po czym pytał:

– Co wam brakuje? Nic? Chwała Bogu, chwała Bogu… Pisz pan, feldfeblu, frontdiensttauglich… abtreten – I zaraz prędko odsuwał “zbadanego” szeregowca, aby kwalifikować w ten sam sposób następnego. Żołnierze, przywykli już do tego rodzaju komisji, wiernie podstawiali plecy pod ołówek feldfebla, który, zależnie od fantazji, pluł albo wprost na siną z zimna skórę, albo na ołówek, i piętnował ich ponownie, uprzednio zajrzawszy do rozdzielnika, odpowiednią sygnaturą: “40 regiment piechoty… 2 batalion balonowy… 6 ułanów…”

Poprzednia służba danego żołnierza i jego wyszkolenie nie były wcale brane pod uwagę. Decydujący był rozdzielnik, który podawał, w jakim oddziale trzeba uzupełnić wyrwy porobione w mięsie armatnim. Komisja ożywiała się jedynie w wypadku, kiedy jakaś karykatura ludzka, słaniająca się na nogach, próbowała odpowiedzieć na stereotypowe zapytanie lekarza: co wam braku-je?

– Mam suchoty – krzyczał żołnierz, aby go lekarz mógł usłyszeć.

Starowina zamykał wtedy usta, otwarte do swego nieodmiennego “chwała Bogu”, i zwracał zmęczone oczy na pułkownika.

– Powiada, panie pułkowniku, że ma suchoty. Pułkownik marszczył brwi.

– Suchoty? Nie wyglądacie na suchotnika.

– Panie pułkowniku, od roku już…

– Maulhalten! Nie pytam się! Żołnierz odpowiada tylko na pytania… Cóż to za zwyczaje znowu? Dlatego tylko, żeby się oduczyć rezonowania, pojedziecie na front, choćbyście mieli w dodatku i cholerę. Na drugi raz będziecie pamiętali o dyscyplinie, wy świnio! Abtreten!

Dopiero w pułku mógł, taki żołnierz wykazać swoją prawdomówność i wracał do szpitala, aby po jakimś czasie znowu stanąć przed podobną komisją i tak w kółko. Zasada niezwalniania stosowana była przez komisję z uporem godnym lepszej sprawy.

Kania, widząc to badanie, był olśniony szybkością, z jaką się ono odbywało.

– Podoba mi się ta komisja – szepnął do ucha Baldiniemu stojącemu za nim – ale im klina zadam!

Zbiegły jeniec włoski stawał przed komisją austriacką z całkowitą swobodą i humorem. Pierwszy z naszego grona badany był Hładun, który przypomniał sobie czasy udawania idioty w kompanii wartowniczej.

– Nic wam nie brakuje? Nic? Chwała Bogu, chwała Bogu. Zdatny na front, feldfeblu. Abtreten!

– Ich weiss nicht (Nie wiem) – ni z tego, ni z owego odezwał się Hładun.

– Was? (Co)

– Ich weiss nicht.

– Was wissen sie nicht? (Czega nie wiecie?) – zapytał pochylony lekarz.

– Ich weiss nicht – powtórzył po raz trzeci Hładun z tym samym tępym wyrazem twarzy. Lekarz odsunął okulary na czoło i przybliżywszy swoją twarz do jego twarzy bacznie mu się przyjrzał. Potem osadził okulary na swoim miejscu i westchnął.

– Ten idiota też jest zdatny, feldfeblu. Następny. Następny był Kania. Lekarz spojrzał na jego muskulaturę i przyłożył mu stetoskop do piersi.

– Wam to chyba nic nie brakuje, chwała Bogu, chwała…

– Chwała Bogu, mam, panie sztabsarct, padaczkę – zameldował zdecydowanie.

– Was?

– Mam padaczkę, panie sztabsarct. Lekarz zwrócił się do pułkownika.

– Powiada że ma padaczkę, panie pułkowniku. Pułkownik, oderwany od rozmowy, zamiast na Kanię, który zrobił krok naprzód, wywalił swoje czerwone oczy na Baldiniego,

– Padaczkę? Ta choroba wcale nie przeszkadza w służbie frontowej. Epilepsja nie jest zaraźliwa, prawda, panie doktorze? Nie ma obawy epidemii na froncie? Co? Właśnie! Pójdziecie więc na front, przyjacielu.

– Padaczka rzeczywiście nie jest zaraźliwa – odezwał się przecierając z westchnieniem okulary lekarz – ale pan pułkownik mówi do innego; ten jeszcze nie był badany. Pułkownik wsiadł na Baldiniego.

– Dlaczego nie odpowiadacie? Stoi jak ta latarnia i nie odzywa się! Ach co za ludzie, co za ludzie! Pułkownik z kolei zwrócił się do Kani.

– Dlaczego wyrywacie się bez pozwolenia naprzód? Wy jesteście ten epileptyk?

– Tak jest, panie pułkowniku. Dziedziczny…

– Nawet dziedziczny… Schauen sie mal, meine Herren… (Popatrzcie no, moi panowie…) dziedziczny epileptyk… Słyszeliście, że ta choroba nie jest zaraźliwa? Nic więc nie stoi na przeszkodzie waszemu wyjazdowi na front. Chłop jesteście jak byk! Gdyby zachodziła obawa zawleczenia na front epidemii, poszlibyście do szpitala, tak jednak nie widzę przeszkód, które by was miały wstrzymać od spełnienia obowiązku wobec ojczyzny. Abtreten!

– Panie pułkowniku, melduję posłusznie, że…

– Stulcie pysk! Jak śmiecie odpowiadać bez zapytania? Co? Dlatego tylko, żebyście się nauczyli dyscypliny, pójdziecie na front, choćbyście mieli dziedziczne zapalenie mózgu! Tam was oduczą rezonowania! Abtreten, wy świnio!

Kania szurgnął bosymi nogami i odszedł do gromady zgrupowanej w kącie, gdzie poddał się piętnowaniu.

– 3. dywizjon artylerii konnej – rzekł feldfebel.

– Niech pan, z łaski swojej, pluje na ołówek, panie feldfebel – uprzejmie zwrócił się do feldfebla – bardzo nie lubię, kiedy mi plują na plecy. To jest niehigienicznie.

Feldfebel spojrzał na niego groźnie.

– Wy mi tu nie mówcie nic o higienie, bo was zaraz nauczę higieny swojej własnej!

Mimo to napluł na ołówek. Pozostali zostali zbadani bez większych przeszkód. Haber nie przejął się srogością pułkownika i wyjechał z platfusem.

60
{"b":"90999","o":1}