ЛитМир - Электронная Библиотека

ROZDZIAŁ 6. SPRAWA SIĘ KOMPLIKUJE

– Nie wierzę! – Pete chwycił wiszącą na ścianie rękawicę bokserską. Miał ochotę zabić Mortimera. – To jakiś absurd! Widzieliście go?

– Jak ciebie teraz – Bob walnął się w piersi. Na szkłach okularów miał mgłę. Wytarł je kosmatą szmatką do czyszczenia ekranu komputera.

– Chyba że ma brata bliźniaka.

– Jednojajowego – dorzucił Jupiter, połykając jak automat chipsy z papryką.

Zabrzęczał telefon. Ten stacjonarny. Bob przez moment nie oddychał. Kiedy odłożył słuchawkę, roześmiał się głośno.

– Wiecie, kto dzwonił?

– Mortimer.

– Nie. Benjamin Roberts. Ryży dziennikarz z CBS-Radio.

– Czego chciał? – Jupiter Jones był jednym wielkim znakiem zapytania. – Nie wiedziałem, że nas zna.

– Chodzi sobie po zoo – stęknął Bob.

– A co? Nie ma dla niego wolnej klatki? – Pete kręcił głową.

Bob ciągle nie mógł dojść do siebie.

– Mówił, że śledził dwóch Włochów rozmawiających koło tygrysów bengalskich.

Jupiter Jones miał tego dość.

– Bob, natychmiast przestań bredzić. Powtórz to, co mówił ryży. Słowo po słowie. Już!

Bob otworzył, a potem zamknął usta. Naburmuszony wyglądał niczym Pinokio z coraz dłuższym nosem. Pete wreszcie odłożył rękawicę.

– Bob, Jupe ma rację. Nie myśl, że cię nie doceniamy. Ale czasem informacje trzeba z ciebie wyciągać obcęgami. No, przestań się marszczyć. Pozbieraj się, otrzep z kurzu i zacznij od nowa.

Bob skrzywił wargi.

– Mówił tak: “Czy to wy jesteście Trzema Detektywami, którzy wczoraj wkurzyli Mata Wilsona? Jeśli tak, to spotkajmy się koło żyraf. Śledzę dwóch facetów. Jednego znam. Za pół godziny, cześć!”

Jupiter zerknął na zegarek.

– Straciliśmy dziesięć minut. Bob, Pete, w drogę. Ryży najwyraźniej chce nas wykorzystać. Sądzi, bo pewnie Mat roztrąbił w komisariacie, że wiemy wszystko.

– Ale on też coś wie – Bob przestał się wściekać. Jego mózg znów pracował z precyzją szwajcarskiego zegarka.

– I o to chodzi – Pete mościł się na tylnym siedzeniu. – Bo to my od niego wyciągniemy, co się da. Dziennikarz bawi się w prywatne śledztwo, ponieważ ani policja, ani koroner nie puszczają pary z ust.

Ogród Zoologiczny w Rocky Beach różnił się od innych tym, że na pagórkowatym terenie mało było klatek, za to wiele ogromnych fos z wodą i zwierząt na wolności. W każdym razie żyrafy swobodnie skubały gałęzie drzew rosnących w pobliżu.

– To my – powiedział Jupiter, wypinając pierś obciągniętą czystą koszulką z nadrukiem banknotu studolarowego.

Dziennikarz żuł gumę i od czasu do czasu błyskał fleszem aparatu fotograficznego.

– Wiem. Widziałem was na posterunku. I coś niecoś słyszałem. Znacie ich? – jego ruda głowa wykonała ruch w kierunku alejki obrośniętej niskopiennymi palmami. Ich pióropusze wyglądały jak postrzępiona ozdoba wodza Siuksów.

Bob, schowany za plecami Crenshawa, wycelował lornetkę w mężczyzn zajętych rozmową.

– Jeden to niejaki Roberto Montalban. Drugiego nie widziałem na oczy.

Jupiter odebrał mu lornetkę.

– Daj. Tak. Tego łysawego nie znamy. To ktoś ważny dla pana?

Dziennikarz wzruszył ramionami. Wypluł gumę tuż koło ogrodzenia.

– Nie kombinujcie. Wiem o was całkiem sporo. Wyspowiadałem na tę okoliczność konstabla.

– George’a Lawsona? – roześmiał się Pete. – Gdyby głupota była wynagradzana, konstabl zostałby milionerem! Nic o nas nie wie. No nic!

– A pan? Też nic pan nie wie! – dodał Bob. – Dziennikarze z naszego miasteczka nie grzeszą spostrzegawczością. Wolą informacje prosto od krowy!

– Sprzedawałem telewizory, zanim w Ameryce pojawili się biali! – odciął się Benjamin. – Nie róbcie mi wody z mózgu. Ten łysy to Solo Catalucci. Agent biura podróży Palermo Travel. Tyle że ze starego kontynentu. Z Sycylii lub Malty.

Jupiter Jones zagwizdał.

– Coś te biura podróży zaczynają się mnożyć niczym króliki. No dobrze. Powiem panu. Drugi, Roberto, też ma powiązania z biurem podróży. Które też nazywa się Palermo Travel. Tyle że mieści się przy Alberto Road w Rocky Beach.

Benjamin Roberts znów strzelił migawką.

Jednak nie żyrafy były jego celem. Tylko dwaj mężczyźni nadchodzący alejką.

Bob znów schował się za plecami Pete’a.

– Może mnie poznać! – szepnął, gdy mężczyźni mijali żyrafiarnię, kierując się ku szympansom.

– To co, według was, da się ułożyć z tej gry komputerowej o włoskiej dzielnicy? – indagował dziennikarz.

Jupe wzruszył ramionami.

– Nie wiemy.

– To dlaczego obserwowaliście wczoraj stare nadbrzeże?

Bob miał dość ciekawskiego faceta.

– Lubimy oglądać zachód słońca. A pan? Co pan wie na temat śmierci wróżki?

Benjamin skrzywił się jak człowiek, który łyknął cytrynę, mając ochotę na syrop klonowy.

– Usiądźmy na ławce. Powiem, co wiem. A wiem tyle, co kot napłakał.

– Ale coś napłakał? – chciał wiedzieć Bob.

– Dorwałem się do materiałów z sekcji zwłok Clarissy Montez i protokołu przeszukania zrobionego przez ekipę śledczą senory Sanchez.

– To już coś! – ucieszył się Crenshaw.

– A wy, co macie na wymianę?

– Myszę.

– Dziennikarz szeroko otworzył oczy.

– Co, proszę?

– Mamy mysz. Raczej… mieliśmy.

– Uciekła? – dziennikarz czerwieniał na twarzy. Wydawało się, że za chwilę eksploduje.

– Niech się pan nie denerwuje! – uspokoił go Pete. – Nie kpimy sobie z pana. Jest facet, którego nazywamy pan mysz. I on może być jednym z kluczy. To co z tym protokołem?

Benjamin Roberts pogrzebał w podręcznej torbie. Wyjął mały magnetofon.

– Tu jest wszystko. Także rozmowa z wami. Co wiecie o panu myszku? Nie wykorzystam w radiu taśmy bez waszej zgody. Dobrze wiecie, że za to grozi dyskwalifikacja i utrata posady. A ja lubię węszyć. Podejrzewam, że chodzi o olbrzymi przemyt.

– No! – ucieszył się Bob. – Najnowocześniejsze żelastwo świata! Cześć!

Zostawili dziennikarza na ławce, nie widząc, jak bardzo jest zdziwiony ostatnim zdaniem.

– Żelastwo? – wyjąkał. – O czym oni mówią? Jakie żelastwo? Wiedzą więcej niż ja? Albo są… nie na tym tropie…

– Widziałeś takiego palanta? – denerwował się Crenshaw, robiąc serię pompek dla odreagowania stresu. – Słyszałem o was wszystko! – przedrzeźniał rudego dziennikarza. – Wiem nawet, ile macie plomb! I który z was sfastrygował Frankensteina!

Bob roześmiał się.

– Myślał, że mu więcej powiemy.

Wuj Tytus nadszedł w zupełnie nieodpowiedniej chwili.

– Jupiterze, jesteś mi potrzebny. Marcos zachorował, a Pedro sam nie zniesie mebli z ciężarówki.

– Ja też pomogę! – ucieszył się Crenshaw. – Bob zostaje. Pogrzebie w Internecie.

Andrews skinął głową.

– Zrobione. Jak wrócicie, będą nowe dane.

Ale zdarzenie, które nastąpiło, nie pozwoliło Trzem Detektywom skupić się na detalach. Lokalny kanał radia CBS nadał wstrząsającą wiadomość:

“Godzinę temu zwiedzająca Ogród Zoologiczny wycieczka ze szkoły w Rocky Beach natknęła się na ciało znanego reportera naszej stacji, Benjamina Robertsa. Zmarły, prawdopodobnie na atak serca, miał przy sobie aparat fotograficzny. Dziwne, bo bez filmu. Śledztwo w sprawie nagłej śmierci prowadzi tutejszy posterunek policji. Sierżant Mat Wilson jest dobrej myśli…”

Jupiter Jones czuł, jak jego nogi kamienieją. O mało nie upuścił lustra i chippendalowskiej szafy bez nóg.

– Pete, słyszałeś?

– Tak, Jupe. I wcale mi się to nie podoba. On MIAŁ film w aparacie! Widziałem, jak się przesuwały klatki, gdy pstrykał zdjęcia. A co z magnetofonem?

– Ale… mówią o ataku serca?

– Wiesz, jak Bułgarzy robią taki atak serca swoim wrogom? Końcówką parasola! Stary szpiegowski numer!

– Pod warunkiem, że z parasola wydobywa się ostrze natarte jadem z kurary. Rzeczywiście nie zostawia śladów.

Bob wyskoczył z Kwatery Głównej, wrzeszcząc coś i machając rękami.

– Pewnie też usłyszał o śmierci dziennikarza – powiedział Pete, otrzepując ręce z kurzu.

Ale Bob nic nie wiedział o radiowym komunikacie.

Dzwonił Mat Wilson. Mamy być za trzy minuty w komisariacie!

Upłynęło pół godziny, zanim się naradzili nad tym, co mówić, a czego nie.

– Ja zaczynam! – Jupiter włączył pierwszy bieg. – Chcę, żeby nam przy okazji zdradził parę szczegółów.

Pozostali milczeli. Wciąż przeżuwali, na wszystkie sposoby, niespodziewany zgon Benjamina Robertsa.

Komenda policji wyglądała niczym oblężona twierdza pierwszych osadników przed spodziewanym atakiem Komanczów. Tylko zamiast dzid, pióropuszy i ognistych rumaków, dziedziniec blokowały różnorodne pojazdy dziennikarzy radia, telewizji i lokalnej stacji kablowej, nadającej na żywo swój codzienny serwis popołudniowy. Trzej Detektywi dostali się przed oblicze “szeryfa” tylko dlatego, że wyszedł po nich George Lawson.

– Coś wiesz? – Pete od czasu do czasu traktował konstabla jak kumpla z boiska.

– Cholera! – zaklął Lawson. – Wszystko się tego… chrzani! Ta śmierć nie ma za grosz sensu!

– A poprzednia miała? – wtrącił swoje trzy grosze Bob. – Myślę o wróżce Montez.

Mat Wilson siedział za pustym biurkiem, na którym podrygiwała tylko szklanka po mineralnej. A podskakiwała dlatego, że “szeryf” nie mógł lub nie chciał opanować drżenia kolan.

– Po co łaziliście do zoo? – huknął, gdy tylko detektywi stanęli w progu.

– Bo uwielbiamy szympanse – warknął Jupiter. – Przypominają nam niektórych…

– Milczeć! – Mat walnął pięścią.

Szklanka przewróciła się. Z jej wnętrza pociekło parę kropel.

– Co wam mówił Benjamin Roberts przed śmiercią?

Chłopcy milczeli, wpatrzeni w czubki własnych adidasów.

Cisza przedłużała się niebezpiecznie.

– Panie sierżancie… – wtrącił niespokojnie konstabl.

– Czego?

– Kazał im pan milczeć…

Mat zaczął niebezpiecznie czerwienieć. Gdyby eksplodował, mógłby wywołać skutek podobny do wybuchu koktajlu Mołotowa. A przed komendą było tylu ludzi…

12
{"b":"91124","o":1}